To, co opowiedział, było potworne. To było potworne samo przez się, potworne również i dlatego, że nie pozostawiało cienia wątpliwości. Dopóki mówił — niezbyt głośno, spokojnie, czystym, literackim językiem, milknąc uprzejmie, kiedy Dzik wtrącał jakieś krótkie uwagi — Maksym ze wszystkich sił starał się znaleźć jakąś lukę w tym nowym obrazie świata. Daremnie. Obraz był spójny, prymitywny, beznadziejnie logiczny i tłumaczył wszystkie znane Maksymowi fakty. To było największe i najstraszliwsze odkrycie spośród wszystkich odkryć, dokonanych przez Maksyma na jego zaludnionej wyspie.
Promieniowanie wież nie było przeznaczone dla wyrodków. Oddziaływało na układ nerwowy każdej istoty ludzkiej z tej planety. Fizjologiczny mechanizm tego oddziaływania nie był znany, lecz jego istota sprowadzała się do tego, że mózg poddany napromieniowaniu tracił zdolność krytycznej analizy rzeczywistości. Człowiek myślący zamieniał się w człowieka wierzącego i zaślepionego, wierzącego fanatycznie, wbrew bijącym w oczy faktom. Człowiekowi znajdującemu się w polu promieniowania można było, za pomocą najprymitywniejszych środków, wmówić każdą rzecz i poddany takiej sugestii uważał wtłaczane mu do głowy brednie za święte i jedyne prawdy, gotów był dla nich żyć, cierpieć i umierać.
Pole działało zawsze. Niezauważalne, wszechobecne i wszechprzenikające. Wypromieniowywała go nieustannie gigantyczna sieć wież pokrywająca cały kraj. Niczym tytaniczny odkurzacz wysysało z milionów umysłów wszelkie wątpliwości na temat tego, co krzyczały gazety, broszurki, radio i telewizja, co powtarzali nauczyciele w szkołach i oficerowie w koszarach, co głoszono z kościelnych ambon. Płomienni Chorążowie kierowali wolę i energię milionowych mas tam, dokąd tylko zechcieli. Mogli zmusić i zmuszali tłumy do ubóstwiania siebie; mogli wzbudzać i wzbudzali nieubłaganą nienawiść do wrogów zewnętrznych i wewnętrznych; mogli, gdyby im przyszła na to ochota, pognać miliony pod karabiny maszynowe i armaty, a te miliony umierałyby z najwyższym zachwytem; mogli zmusić miliony do wzajemnego wyrzynania się w imię czegokolwiek; mogli dla kaprysu wywołać epidemię samobójstw… Mogli wszystko.
Dwa razy na dobę, o dziesiątej rano i dziesiątej wieczorem gigantyczny odkurzacz włączano na pełną moc i przez pół godziny ludzie nie byli już ludźmi. Wszystkie wewnętrzne napięcia, narosłe w podświadomości z powodu sprzeczności hipnotycznych urojeń z rzeczywistością, wyzwalały się w paroksyzmie rozpasanego entuzjazmu, w ekstatycznej euforii samoponiżenia i adoracji. Takie nawały promieniste całkowicie tłumiły odruchy, zabijały instynkty i zastępowały je potwornym kompleksem wdzięczności i uwielbienia dla Płomiennych Chorążych. W takim stanie napromieniowywany całkowicie tracił zdolność rozumowania i działał jak robot, któremu wydano rozkaz.
Niebezpieczni dla Chorążych mogli być jedynie tacy ludzie, którzy ze względu na swą fizjologiczną odrębność byli niepodatni na sugestię. Nazywano ich wyrodkami. Pole ciągłe nie działało na nich w ogóle, zaś nawały promieniste wywoływały jedynie nieznośne boleści. Wyrodków było stosunkowo niewielu, ale byli to jedyni czuwający ludzie w tym królestwie somnambulików. Tylko oni zachowali zdolność trzeźwej oceny świata rzeczywistego, oddziaływania nań, zmieniania i kierowania światem. Największy koszmar krył się w tym, że właśnie oni dostarczali społeczeństwu elity władzy. Wszyscy Płomienni Chorążowie byli wyrodkami, ale większość wyrodków nie była Płomiennymi Chorążymi. Ci bowiem, którzy nie zdołali lub nie zechcieli wejść do elity, albo też nie wiedzieli, że taka elita istnieje, a więc wyrodki-żądni władzy, wyrodki— rewolucjoniści i wyrodki-mieszczanie zostali uznani za wrogów ludzkości i odpowiednio traktowani.