Maksym poczuł taką rozpacz, jakby nagle odkrył, że jego zaludniona wyspa jest w rzeczywistości zamieszkana nie przez ludzi, lecz przez marionetki. Ogromny aparat propagandy hitlerowskiej to był drobiazg w porównaniu z systemem promienników. Radio można było wyłączyć, przemówień Goebbelsa można było nie słuchać, gazet można było nie czytać, ale uwolnienie się od pola było niemożliwe. W historii mieszkańców Ziemi niczego podobnego nie było, a zatem na ludzkie doświadczenia w tym wypadku nie można było liczyć. Plan zdobycia jakiegoś większego obszaru był zwykłym awanturnictwem. Ogromna maszyna do ogłupiania była zbyt prosta, aby mogła ewoluować i zbyt wielka na to, żeby dała się zniszczyć niewielkimi siłami. W kraju nie było żadnego czynnika, który mógłby wyswobodzić ogromny naród nie mający pojęcia o tym, że nie jest wolny; naród, który — jak się wyraził Dzik — wypadł z biegu historii. Maszyna była niezniszczalna od wewnątrz i częściowo unicestwiona natychmiast się odbudowywała. Na zakłócenia zewnętrzne reagowała błyskawicznym atakiem, nie troszcząc się przy tym o los swych poszczególnych elementów. Jedyna nadzieja kryła się w fakcie, że maszyna miała Centrum, pulpit sterowniczy, mózg. To Centrum teoretycznie można było zniszczyć, doprowadzić maszynę do stanu nietrwałej równowagi i spróbować przestawić ten świat na inne tory, zawrócić na drogę historii. Ale lokalizacja Centrum była największą, najpilniej strzeżoną tajemnicą. Nie było też nikogo, kto mógłby je zniszczyć. To było coś zupełnie innego niż atak na wieżę. To była poważna operacja wymagająca ogromnych środków i przede wszystkim armii niepodatnych na promieniowanie. Niepodatnych, to znaczy odpornych z natury lub zaopatrzonych w skuteczne, proste i łatwo dostępne urządzenia ochronne. Niczego podobnego nie było i nic nie wskazywało na to, że kiedyś będzie. Kilkaset tysięcy wyrodków nie stanowiło jednolitej masy. Ludzie ci byli rozproszeni, skłóceni i prześladowani, wielu zaś w ogóle należało do kategorii tak zwanych „wyrodków legalnych”. Gdyby nawet udało się ich zjednoczyć i uzbroić, to Promienni Chorążowie natychmiast wytrzebiliby tę malutką armię, kierując przeciwko niej ruchome emitery włączone na pełną moc…

Zef dawno już zamilkł, a Maksym nadal siedział z opuszczoną głową i dłubał patykiem w czarnej, suchej ziemi. Potem Zef odchrząknął i powiedział:

— Tak, kolego. Tak to wygląda naprawdę.

Zdawało się, że zaczął już żałować, iż opowiedział, jak to wygląda naprawdę.

— Na co więc liczycie?! — wyrwało się Maksymowi.

Zef i Dzik milczeli. Maksym podniósł głowę, zobaczył ich twarze i wymamrotał:

— Wybaczcie… Ja… Prawdę mówiąc… Przepraszam.

— Powinniśmy walczyć — powiedział równym głosem Dzik. — Walczymy więc i będziemy walczyć nadal. Zef ujawnił panu jedną ze strategii sztabu. Istnieją też inne, równie niedoskonałe i ani razu w praktyce nie wypróbowane. Wie pan, u nas wszystko jest w stadium zalążkowym. Dojrzałej teorii walki nie można stworzyć z niczego.

— Proszę mi powiedzieć — powiedział wolno Maksym — to promieniowanie… Czy ono działa jednakowo na wszystkie narody waszego świata?

Zef i Dzik wymienili spojrzenia.

— Nie rozumiem — powiedział Dzik.

— Chodzi mi o to czy istnieje tu jakiś naród, wśród którego znalazłoby się przynajmniej kilka tysięcy takich jak ja?

— Wątpię — powiedział Zef. — Chyba że wśród tych… mutantów. Massaraksz, nie obraź się, Mak, ale jesteś przecież oczywistym mutantem. Szczęśliwa mutacja, jedna szansa na milion.

— Nie obrażam się — powiedział Maksym. — A więc mutanci… To tam dalej na Południe?

— Tak — odparł Dzik, który uważnie wpatrywał się w Maksyma.

— A co tam właściwie jest na tym Południu? — zapytał Maksym.

— Las, potem pustynia… — odpowiedział Dzik.

— I mutanci?

— Tak. Półzwierzęta. Pomylone dzikusy. Proszę posłuchać, Mak, niech pan sobie tym głowy nie zawraca.

— Widział ich pan kiedyś?

— Widziałem tylko martwych — powiedział Dzik. — Chwytają ich czasami w lesie, a potem wieszają przed barakami dla pokrzepienia serc.

— Za co?

— Za szyję! — ryknął Zef. — Dureń! To dzikie bestie! Są nieuleczalni i stokroć niebezpieczniejsi od wszystkich drapieżników! Napatrzyłem się na nich, ty takich nawet we śnie nie oglądałeś…

— A po co tam budują wieże? — indagował Maksym. — Chcą ich oswoić?

— Niech pan da spokój, Mak — powtórzył Dzik. — To jest zupełnie beznadziejne. Oni nas nienawidzą… A zresztą wolna droga. Nikogo siłą nie trzymamy.

Nastąpiło milczenie. Później daleko za ich plecami rozległ się znajomy jazgotliwy hurgot. Zef uniósł się.

— Czołg… — powiedział w zadumie. — Ukatrupić go?… To niedaleko, osiemnasty kwadrat… Nie, jutro.

Maksym nagle zdecydował się:

— Ja się nim zajmę. Idźcie, dogonię was.

Zef popatrzył na niego z powątpiewaniem.

— A czy potrafisz? — zapytał. — Jeszcze wylecisz w powietrze…

— Mak! — powiedział jednoręki. — Niech się pan zastanowi!

Zef ciągle patrzył na Maksyma, a potem nagle wyszczerzył zęby.

Перейти на страницу:

Похожие книги