— A, to do tego ci potrzebny czołg! — powiedział. — Spryciarz z ciebie, chłopcze. Nieee, mnie nie oszukasz. No dobrze, idź, kolację ci zostawię. Jak otrzeźwiejesz, będziesz miał co żreć… Pamiętaj tylko, że to paskudztwo często bywa zaminowane, gmeraj w nim ostrożnie… Idziemy, Dzik. On nas dopędzi.

Dzik chciał coś jeszcze powiedzieć, ale Maksym już wstał i poszedł w kierunku przesieki. Rozmowy go znużyły. Szedł szybko nie odwracając się i nie wypuszczając granatnika spod pachy. Teraz, kiedy już podjął decyzję, zrobiło mu się lżej na duszy, bo powodzenie zamierzonego przedsięwzięcia zależało jedynie od jego wiedzy i zręczności.

<p>Rozdział XIV</p>

Nad ranem Maksym wyprowadził czołg na szosę i obrócił go maską na południe. Mógł już jechać, ale wyszedł z przedziału kierowcy, zeskoczył na pogruchotany beton i przysiadł na krawędzi rowu wycierając trawą zabrudzone ręce. Rdzawy olbrzym spokojnie terkotał obok. Ostry wierzchołek jego rakiety celował w mętne niebo.

Maksym przepracował całą noc, ale nie czuł zmęczenia. Tubylcy budowali solidnie i machina zachowała się w niezłym stanie. Żadnych min oczywiście wewnątrz niej nie było, były natomiast ręczne urządzenia sterowe. Jeżeli nawet ktoś w tych czołgach wylatywał w powietrze, to mogło się to zdarzyć wyłącznie z powodu zużycia kotła lub też zupełnego analfabetyzmu technicznego. Kocioł dawał zaledwie około dwudziestu procent mocy nominalnej, a mechanizmy trakcyjne były porządnie zdezelowane, ale Maksym był zadowolony, bo wczoraj nie liczył nawet i na to.

Dochodziła szósta rano. Rozwidniło się już zupełnie. Zwykle o tej porze katorżników ustawiano w kraciaste kolumny, pospiesznie karmiono i wyganiano do roboty. Nieobecność Maksyma z pewnością już zauważono i pewnie uznano go za zbiega, co równało się wyrokowi śmierci. Może zresztą Zef wymyślił jakieś wytłumaczenie: ranę, zwichniętą nogę lub coś podobnego.

W lesie zrobiło się cicho. „Psy”, nawołujące się przez całą noc, ukryły się teraz pewnie w swoich podziemiach i zacierając łapy śmieją się pewnie z tego, jak nastraszyły wczoraj dwunogich. Tymi „psami” trzeba się będzie solidnie zająć, ale teraz nie ma na to czasu. Ciekawe, czy są wrażliwe na promieniowanie? Dziwne stworzenia… Nocą, kiedy grzebał w silniku, dwa z nich sterczały za krzakami, obserwując go uważnie, a potem przyszedł trzeci i wdrapał się na drzewo, żeby lepiej widzieć. Maksym wysunąwszy się z włazu pomachał do niego ręką, a potem dla dowcipu odtworzył najwierniej jak potrafił czterosylabowe słowo, które wczoraj skandował chór. „Pies” siedzący na drzewie okropnie się rozzłościł, błysnął oczami, zjeżył sierść na całym ciele i zaczął wykrzykiwać jakieś gardłowe obelgi. Dwójka kryjąca się w krzakach poczuła się tym widać zaszokowana, bo natychmiast zniknęła bez śladu. Natomiast awanturnik długo się nie mógł uspokoić: syczał, pluł, udawał, że chce napaść i szczerzył białe, rzadkie kły. Wyniósł się dopiero nad ranem, kiedy zrozumiał, że Maksym nie ma zamiaru stanąć z nim do uczciwego pojedynku… Wątpliwe, aby te istoty były rozumne w ludzkim znaczeniu tego słowa, ale z pewnością stanowią jakąś zorganizowaną siłę, skoro potrafiły wypędzić z Twierdzy garnizon z księciem-hrabią na czele… Ale to wszystko na razie domysły i legendy…

Dobrze byłoby się teraz umyć: był cały ubrudzony rdzą, a że i kocioł trochę przeciekał, więc skóra piekła go od promieniowania. Jeżeli Zef i jednoręki zgodzą się jechać, trzeba będzie osłonić kocioł kilkoma arkuszami pancerza zerwanego z burt…

Daleko w lesie coś huknęło i przetoczyło się echem. Saperzy skazańcy rozpoczęli codzienną pracę. Bezsens, bezsens… Znów huknęło, odezwał się cekaem, poterkotał i zacichł. Było już zupełnie widno. Zapowiadał się pogodny dzień. Niebo było bezchmurne i jednolicie białe, jak błyszczące mleko. Beton szosy lśnił od wilgoci, lecz w pobliżu czołgu rosy nie było, bo od jego pancerza promieniowało niezdrowe ciepło.

Potem zza wdzierających się na drogę krzewów pojawili się Zef i Dzik. Zobaczyli czołg i przyspieszyli kroku. Maksym wstał i poszedł im naprzeciw.

— Żyje! — wykrzyknął Zef zamiast powitania. — Tak też myślałem. Twoją kaszkę, bracie, tego… Nie było w co zabrać. Ale chlebek przyniosłem, wcinaj.

— Dziękuję — powiedział Maksym biorąc grubą pajdę.

Dzik stał oparty o wykrywacz min i patrzył na niego.

— Wcinaj i zmykaj — powiedział Zef. — Tam, bracie, przyjechali po ciebie. Zdaje się, że chcą cię dodatkowo przesłuchać…

— Kto? — zapytał Maksym przestając żuć.

— Nie zameldował się nam — powiedział Zef. — Jakiś zupak obwieszony medalami jak choinka. Wrzeszczał na cały obóz, dlaczego ciebie nie ma, o mało mnie nie zastrzelił… A ja tylko oczy wytrzeszczam i melduję: tak i tak, zginął śmiercią walecznych na polu minowym.

Obszedł czołg dokoła i powiedział: „Co za obrzydlistwo” — siadł na poboczu i zaczął skręcać papierosa.

— Dziwne — powiedział Maksym, odgryzając w roztargnieniu kawałek chleba. — Dodatkowe przesłuchanie? Po co?

— Może to Fank? — zapytał półgłosem Dzik.

Перейти на страницу:

Похожие книги