Pan Berbelek miał teraz sporo wolnego czasu i praktycznie nic do roboty. W bibliotece Dworu znalazł kilkanaście różnych wydań i tłumaczeń
Może tak naprawdę nigdy nie opuścił Vodenburga, może zasnął tam w ciepłej kąpieli, w mroku ciasnej izby łaziebnej, nareszcie poddawszy sobie żyły, a to wszystko — to jeden długi przedśmiertny sen…? Lub sen pośmiertny. Filozofowie piszą, że podobnych przypuszczeń nie sposób zweryfikować, pan Berbelek widział jednak jasno, iż nie może być ono prawdą: tamten Hieronim Berbelek, w którego Formie mieściło się samobójstwo, nie śniłby o takim Hieronimie Berbeleku, który prowadzi dżurdże w dzikie kakomorfie Afryki, zgina karki kobiet i mężczyzn i który włada rozkoszą córki Księżycowej Wiedźmy.
Rozważał napisanie listu do Alitei. Z Oronei do Alexandrii świnie powietrzne latały co dwa, trzy tygodnie. W liście mógłby napisać, czego nie mógł powiedzieć — forma listu jest inna, pozwala na pewną bezosobową szczerość, nazbyt przecież krępującą, gdy stoi się twarzą w twarz z kimś bliskim, z córką, zwłaszcza z córką. Całkowicie nieskrępowanym można być jedynie w obecności osób całkowicie obcych, których myśli i uczucia nic dla nas nie znaczą. Każda miłość to rodzaj hołdu dla cudzej Formy — matki, ojca, kochanki, dziecka.
Nie potrafił wówczas zamknąć swego serca w żadnej liczbie, jego pożegnanie z Aliteą było krótkie, suche i beznamiętne. — Powinienem zdążyć przed latem. Mówiłaś, że nie chcesz wracać na północ, do Neurgii. U esthle Lotte możesz mieszkać, jak długo chcesz; zresztą wiesz, że Laetitia bardzo cię lubi. O Dawidzie porozmawiamy, gdy wrócę. Wynająłem dla ciebie tutorów. Po pieniądze zawsze możesz się zwrócić do Aneisa Panatakisa; i niech ci nie wmawia, że akurat celnicy wyczyścili mu skarbiec. Szulima zostaje. Jej słuchaj. I tak jej słuchasz. — Nie musiał przecież tego nakazywać. Szulima się wszystkim zajmie. Ona, odbicie formy Illei, i Alitea, w której z kolei odbijała się forma Amitace… W ostatecznym rozrachunku bogini przegląda się w morfie każdej kobiety.
I teraz, w liście, napisze jej właśnie to: jaką dumę znajduje w sobie, dostrzegając u Alitei kolejne oznaki aristosowej entelechii, przeczuwając jej kształt najwyższy, całe to piękno i moc, których ona sama nie przeczuwa.
Oczywiście nigdy nie posłał owego listu.
Oczekiwanie zdawało się przeciągać w nieskończoność; była to jedyna czynność, jakiej mogli się tu z pełnym zaangażowaniem oddawać: czekać. Niektórzy wróżyli z chmur i gwiazd, z lotu ptaków i świń powietrznych; inni się upijali. Cyganie grali w swoje gry, całkowicie niezrozumiałe dla obcych. Herdońscy bogobójcy piekli wielkie ilości obrzydliwie słodkich ciast. Pan Berbelek zaś chadzał na wał, wspinał się na szczyt bramy i stąd wypatrywał łodzi, przyglądając się pracy aniołów i powolnemu falowaniu gigantycznych wichrorostów.
Tak zastała go młoda anielica. Zakutana w białe futro z jakiegoś oronejskiego zwierzęcia — może ptaka, bo wyglądało niczym splecione z miliona gołębich piór — przysiadła obok (przy każdym jej ruchu chrzęściła niewidoczna zbroja) i poczęstowała pana Berbeleka tytońcem. Tytoń był w Oronei bardzo drogi, nie chciał rosnąć w koronie Króla Burz, a świnie z Herdonu przylatywały nieczęsto.
Pan Berbelek podziękował. Znała grekę. Zapalili.
Anielica wymachiwała nogami w ciężkich butach, przewieszonymi przez ośnieżone blanki. Hieronimowi przypomniały się Alitea i Klaudia Weroniusz na pokładzie „Powstającego”.
— Mam córkę w twoim wieku.
Anielica przekrzywiła głowę, jasne włosy zakręciły się wokół niej w krzywej spirali.
— Po co tam lecisz? Przecież nie musisz, jesteś od nich silniejszy.
Czy rzeczywiście na Księżyc udawali się głównie ludzie złamani, o strzaskanej Formie?
— Mam poprowadzić dla niej armię. Anielica uniosła brwi.
— Chce wrócić?
Pan Berbelek wzruszył ramionami.
— Jak ci na imię?
— Loilei.
Wyciągnęła do niego rękę, zaszeleściły na wietrze pióra. Uścisnął mocno nadgarstek.
— Hieronim Berbelek.
Nazajutrz ponownie znalazła go nad bramą. Tym razem — widział to — już go szukała.
— Esthlos.
Zerknął na nią podejrzliwie. Uśmiechnęła się szelmowsko.
— Dziadek interesuje się polityką — rzekła, usiadłszy obok, na swoim miejscu. — Powiedział, żebym trzymała się od ciebie z daleka.
— Nie słuchamy dziadunia.
— Piorun Vistulii, ha! No więc w ilu bitwach zwyciężyłeś?
— Wszystkich. Oprócz ostatniej.
— Powiedział, że kazałbyś mi przebić się nożem i ja bym się przebiła.
Postanowił zabawić się jej kosztem. Obrócił się ku niej, ujął ją za ramię, pochylił się ku anielicy.
— Loilei — szepnął.
Otworzyła szerzej jasnobłękitne oczy.
— Tak…?