— Tak, koniec nocy, jak przysięgałem. Wypij. — Wcisnął panu Berbelekowi w dłoń kubek z resztką ciemnego płynu na dnie. — Jak inaczej ich spotkasz? Tak samo dzisiaj, jak i przed pięcioma, dziesięcioma tysiącami lat. Stał tu, w tym dokładnie miejscu, mały labirynt, prosta ściana pięciokroć zawinięta. Nie ma śladu. I ilu tu pogrzebano pod jej imieniem nie ma śladu. Ale spójrz na skały. Widzisz ich? wychodzą nocą, gdy rozpalisz dobry ogień, nie za mały, nie za duży, i wypijesz mleko Makowej Bogini. Ich morfa przedludzka: łby zwierząt na torsach mężczyzn i kobiet, głowy człowiecze na ciałach bestii — daimony sprzed początku świata. Nie przywitasz się? Ukłoń się im. Masz. Pij. Widzisz?

Migotliwe światło ogniska skakało po ścianach, stalaktytach, stalagmitach, stalagnatach, piargach żwirowych, jedna konfiguracja cieni prawie już coś oznaczająca, druga — przeciągły bełkot ciemności.

Pan Berbelek warknął przekleństwo i cisnął kubek w głąb jaskini.

— Wstań!

Stary poderwał głowę; wyprostowawszy ramiona, spojrzał na nachylającego się nad ogniskiem pana Berbeleka, zamrugał. Cienie skakały także po twarzy i sylwetce Hieronima.

— Tak, esthlos. Wyszli na Plac Ołtarzy.

— Dokąd teraz?

— Tędy, esthlos.

— Z głową już wszystko w porządku?

— Tak. Przepraszam. Jestem starym człowiekiem.

— Czekaj, muszę zabrać plecak.

Po zboczu na północny wschód i potem znowu wzwyż po porosłym palmami stoku przemorfowanej góry (miała nazbyt regularny kształt), i do źródła zimnego strumienia, i między ruinami nadmorskiej wieży obserwacyjnej, i znowu w dół, i po wzgórzach wzdłuż wybrzeża — tak prowadził pana Berbeleka księżycowy przemytnik, stary Nanu Agilatyla, który, jak twierdził, pamiętał czasy króla Ataposa Czternastego, ostatniego z dynastii Ewerytów Kaftorskich. Jakby zawstydzony swoim zachowaniem w Eileithyi, na wszelki wypadek nie pozwalał teraz dojść panu Berbelekowi do słowa, ciągnąc nieprzerwanie głośną gawędę o czasach, które minęły.

— Jej świątynie, jej labirynty, Knossos, Faistos, Zakro Mallia, Kydonia, Rethymnon, Gournia, Monastiraki, tu się narodziła, tu wyłoniła się na świat z cienia, spod ziemi, tu usłyszała swe pierwsze imiona. Co dał jej Wschód, co dał jej Aegipt — płeć, miejsce pomiędzy niebem a ziemią; bo narodziła się tutaj. Jeśli dane ci będzie ujrzeć ją, esthlos, choćby z daleka… Ach, nadal są ludzie, którzy czekają jej powrotu, chociaż oczywiście nie powiedzą tego głośno obcemu, Czarnoksiężnik wbija na pal, Siedmiopalcy pali, K’Azura ścina, Nabuchodonozor ścina, jakże się oni jej boją. Nadal są ludzie — a wszystko, co o niej wiedzą, to legendy o legendach. W milczeniu. Zauważyłeś, esthlos, jak zgodnie tu o niej milczą? Odwiedzam Kaftor raz, dwa razy do roku. Zapada w nich coraz głębiej, to milczenie, ta głucha tęsknota. Przecież w pierwszych wiekach Po Upadku Rzymu Kaftor w jej aurze na powrót stał się największą potęgą Morza Śródziemnego, jak cztery, pięć tysięcy lat wcześniej, znowu rządził całym handlem morskim, rozciągał swe kolonie na wybrzeża Europy i Afryki, stąd właśnie, widzisz te ruiny, esthlos, stąd wypływały codziennie setki statków, tu zwożono największe bogactwa świata, do jej świątyń, do labiryntów, nadal nie odkryto wszystkich ich tajemnic, nie wierz w oficjalne wersje, ona sprowadzała teknitesów ge z najdalszych krain, przez wieki pracowali w podziemiach, w grotach podmorskich, podobno istnieją sekretne wejścia z górskich sanktuariów; i tam rozpościera się labirynt największy, wiecznotrwała Forma Ziemi, odporna na wszystkie kataklizmy, jak Kaftor długi i szeroki, a nawet dalej, pod dnem morza: korytarze na setki stadionów, komnaty pyru, skarbce, czarne pałace, ołtarze najstarsze, miasta w skale. Kiedyś powróci.

W południe zatrzymali się na szczycie nadmorskiego urwiska, sto pusów nad falami rozrywającymi się w grzmocie o kły skalistej zatoki — żaden statek by tu nie wpłynął, nikt by nie zszedł po pionowej ścianie — i Agilatyla po raz pierwszy zamilkł, gdy spożywali zimny posiłek: ser i suchary popijane gorzką agryttą. Niebo było szare, chmury niskie rozpuchłe złymi fermentami aeru i pyru, silny wiatr zachodni przeganiał je nad wyspą, stłaczając w masywne fronty i dzięki temu właśnie na krótkie chwile ukazywały się brudne niebiosa.

Beknąwszy, stary przemytnik wyciągnął się na wznak, podkładając ręce pod głowę. Pan Berbelek zrozumiał, że to nie jest przystanek w połowie drogi, że dotarli na miejsce. Siedział obok na swym płaszczu, przeżuwając źdźbło zimowej trawy. Dwie łodzie rybackie halsowały odważnie wbrew wzburzonym falom i porywistemu wiatrowi, ich ściągnięte nisko żagle to pojawiały się, to znikały na tle ciemnozielonej kipieli.

— Pięćdziesiąt lat już jej służę — mamrotał Nanu. — Raz udało mi się odwiedzić jej królestwo. Nie jestem głupi, wiem, że ona nawet o mnie nie słyszała. I o ilu takich jak ja, którzy zadowalają się cichą nadzieją, często płacąc swym życiem. My przemijamy; wy pozostajecie. Co o nas tak naprawdę myślicie?

Перейти на страницу:

Похожие книги