Pan Berbelek żuł źdźbło. To „wy” z ust Agilatyli zrobiło jednak na nim wrażenie, choć starał się je ukryć. — Nie chcesz szczerości — mruknął.
Stary usiadł, spojrzał na pana Berbeleka.
— Chcę.
Pan Berbelek wypluł źdźbło.
— Nie jesteście ludźmi. Nie posiadacie własnej woli. Rządzi wami cudza Forma. Pięćdziesiąt lat i co z tego masz? Nawet jej nie widziałeś. Umrzesz, zostaniesz zapomniany, nic nie przetrwa. Wierność bezwarunkowa przystoi doulosom.
— Spójrz, esthlos, już są.
Agilatyla wstał i zaczął machać rękoma.
Przez zawał burzowych chmur na północy przebiła się kamienna wieża, spadając po łuku ponad morzem ku urwisku. Pan Berbelek również wstał, zagapił się na zjawisko. Minaret szybował w powietrzu położony na boku, smukłą kopułą do przodu; z okien i krużganków wywieszały się długie sztandary, strzelające na wietrze niczym rukaty. Wzdłuż górnego boku wieży przymocowano wąskie wrzeciono aerostatu, dziesięciokroć węższe od najchudszej świni powietrznej. Wrzeciono było czarne, a kamienie wieży ciemnoczerwone, ognisty marmur — teraz już pan Berbelek domyślił się, iż zbudowano ją w całości z oroneigesu. Jej architekt upodobał sobie kształty muszli, spiral, otwartych okręgów, niesymetrycznych łuków — tak się układały w niej poziome i pionowe piętra, kondygnacje zawinięte w wyszczerzone na powietrzną otchłań kolumnady, serpentyjne tarasy otoczone rzeźbami bogów, ludzi, zwierząt, daimonów. Na dziobowej kopule stał kamienny anioł i kryształową kosą wskazywał kierunek lotu, od jego skrzydeł ciągnęły się długie na kilkadziesiąt pusów białe wstęgi, rozstrzępione bandaże zdarte z ozdrowieńca przez wiatr; aniołowi brakowało lewego przedramienia, utrąciła je była jakaś podniebna przeszkoda.
Wieża opadała coraz wolniej, osiągając w końcu poziom urwiska i obracając się do niego bokiem. Zgromadzeni na jej głównym tarasie ludzie (Agilatyla krzykiem wymieniał z nimi żarty i przekleństwa) rzucili na szczyt klifu kilkanaście lin z hakami.
Pan Berbelek wskazał na czarne burty aerostatu i ciągnący się wzdłuż nich srebrny wzór: splątane ciernie, jak łańcuch stalowych błyskawic.
— Nie znam tego godła.
— Nie sądziłeś chyba, esthlos, że zabiorę cię prosto na Księżyc? — zaśmiał się starzec.
— Czyj to aerostat?
— Wygnańcy trzymają się razem. Król Burz pozostaje wierny Pani Illei. Choć tym bardziej mu nie przystoi. Przeskoczysz, esthlos, czy mam cię związać?
Życie w Oronei w istocie nie różniło się od życia na powierzchni Ziemi. Przez tydzień pan Berbelek zyskał tam jednego wroga, jednego sprzymierzeńca i kilkoro poddanych; zakochała się w nim także pewna anielica.
Anioły mijały wzniesiony przy krawędzi Oronei Dwór Księżycowy każdego dnia o poranku i zmierzchu, gdy szły na żniwa wichrorostów i gdy z nich wracały. Oczekujący na przybycie łodzi księżycowej podróżni wychodzili na łąkę przed Dwór, przyglądając się nieregularnemu pochodowi. Anioły byli to ludzie o morfie aerowej, potomkowie najstarszych rodów Oronei, całkowicie przeżarci przez anthos Króla Burz. Nosili ozdobne zbroje z brązu i żelaza, nogi i ramiona obiegały im łańcuchy ciężkiej biżuterii. Bez nich byliby nazbyt lekcy, miejsce naturalnego spoczynku aniołów znajdowało się gdzieś pomiędzy niebem i ziemią. To właśnie oni spuszczali się w dół wichrorostów (stadiony i stadiony pod płytę płaskowyżu), doglądając je i ścinając w porach żniw. Anioły, nawet jeśli spadną — nie spadną. Takze gdy szły zmieszane z tłumem innych robotników rolnych, można było je bez trudu rozpoznać: ich włosy, jeśli nie zawinięte wokół szyi lub krótko ścięte, unosiły się za nimi poziomą falą, rozbijając się w strzępiastą aureolę, gdy anioły obracały głowy lub czyniły krok wstecz — jakby powietrze wokół nich miało gęstość wody.
Na polach i drogach Oronei leżała gruba warstwa oślepiająco białego śniegu. Codziennie, zazwyczaj przed świtem, kratistos sprowadzał obfite opady. Księżycowy Dwór, podobnie jak wszystkie inne domy (pan Berbelek nie był w mieście, lecz tak opowiadali mu Oronejczycy), na dachu i na tyłach posiadał wielkie zbiorniki, z których czerpano deszczowy lub śniegowy hydor. Po przybyciu pana Berbeleka Dwór gościł już w sumie dwadzieścioro pięcioro podróżnych oczekujących na łódź na Księżyc; po doliczeniu służby i stałych mieszkańców Dworu tudzież sezonowych rezydentów w rodzaju Agilatyli, okazało się, że wody nie może starczyć dla wszystkich w ilości, jakiej by sobie życzyli, i wprowadzono jej racjonowanie. Wielkość tych racji odpowiadała oczywiście pozycji, jaką zdołał sobie wywalczyć każdy z podróżnych — tak ustaliła się hierarchia (bo jakaś ustala się zawsze) i taki był powód pierwszych starć woli.