— Dobrze; miałem nadzieję, że nie będę musiał czekać.
Ziemię Smoków, Południowy Herdon porastały najwyraźniej gigantyczne drzewa o pniach niczym wieże, ich wysokie korony całkowicie przesłaniały ciemniejące niebo. Drogę wskazywały papierowe lampiony i echo grupowych pokrzykiwań. Szli za niewolnikiem dźwigającym na ramieniu wielką amforę. Zenon popędzał Abla, zaraz wyprzedzili doulosa. — No chodź, niech przynajmniej zobaczę, jak to się kończy! — Z konarów gigantycznych drzew zwisały girlandy ciemnofioletowych pnączy, o lekko fosforyzujących, czerwonych kwiatach. Wchodząc na polanę, Zenon cisnął niedopałek do wnętrza jednego z ich kielichów. Kwiat natychmiast zacisnął się w purpurową pięść.
Na polanie zebrała się blisko setka ludzi, chłopcy i dziewczęta, zapewne nikt starszy ponad dwadzieścia pięć lat; w jednomorfowej perfekcji swych ciał, dodatkowo idealizowanych przez hojnie opłacanych teknitesów, podobni do siebie niczym bracia i siostry, wszyscy aristokraci lub potomkowie rodów do aristokracji aspirujących, przyszła elita Alexandrii, Dzieci Nabuchodonozora. Śmiali się, skandowali przekleństwa, wyzwiska i zachęty, pili z kryształowych pucharów ciemne wino, palili w perskich fajkach słodki haszisz. Część siedziała na trawie w rozłożystych korzeniach smoczych drzew, kilka par pogrążonych w pieszczotach przestało nawet zwracać uwagę na otoczenie — lecz większość stała w szerokim kręgu wokół centrum polany, gdzie jeden nagus z nożem w garści gonił drugiego nagusa z nożem. Pierścień czerwonych lampionów wisiał nad ich głowami.
Zenon z Ablem przepchali się do pierwszego szeregu, Zenon porwał po drodze od przechodzącego doulosa czarę z winem.
— Ha! Wiedziałem! Serce myszy! — Splunąwszy z obrzydzeniem, wyciągnął w stronę uciekającego nożownika rękę z palcami wyprostowanymi w geście Odwróconych Rogów.
Abel spostrzegł, że inni wykonują ten sam gest. Głosy przeklinały tchórzostwo Gajusza i ponaglały Axyndra, by wreszcie dopadł tamtego. Abel zaciągał się desperacko tytoniowym dymem, ale to też już nie pomagało.
Przeciwnicy gonili się po okręgu, musiało to trwać już dłuższy czas, raczej truchtali, niż biegli, Axynder wrzeszczał na Gajusza, wymachując nożem, czerwony na twarzy, Gajusz oglądał się przez ramię. Żaden z nich nie był nawet draśnięty.
W pewnym momencie Gajusz zatoczył się i potrącił jednego z widzów; ten odepchnął go i Gajusz przewrócił się, padając na plecy. Axynder doskoczył do niego — teraz go zabije, pomyślał Abel — Gajusz odrzucił precz nóż i Axynder postawił stopę na jego piersi. Obaj dyszeli ciężko.
Tłum zaczął skandować jedno słowo: — Hołd! Hołd! Hołd! — Forma sytuacji była tak silna, że Abel ani się zorientował, a sam jął wykrzykiwać owo żądanie, chwila musi się dopełnić, taka jest oczywistość: — Hołd! Hołd!
Axynder przysunął brudną nogę do ust pokonanego. Gajusz nie mógł się już nawet zawahać. Z zamkniętymi oczyma uniósł głowę i pocałował stopę zwycięzcy.
— Axynder! Axynder! Axynder! — skandował tłum, Abel wraz z nim.
Do Axyndra podbiegły dwie dziewczyny, zaczęły się uściski i całusy, Axynder, promieniujący tryumfem, wznosił do góry czystą klingę niczym jakieś trofeum; ktoś wręczył mu kielich wina, on wylał je sobie na głowę. Wszyscy się śmiali.
Gajusz odczołgał się poza zasięg światła czerwonych lampionów.
— No dobra — mruknął Zenon i oddał Ablowi pustą czarę. — Herman jest. Póki się nie rozejdą.
I nim Abel pojął znaczenie jego słów, syn esthle Laetitii Lotce wystąpił na środek polany i trzykrotnie klasnął.
— A teraz! — zakrzyknął. — Panie i panowie! Teraz! Bo wieczór dopiero się zaczął! Nie odchodźcie! Teraz! Szacunek dla esthlosa Hermana z Meretepów! Syna Admosa! Krwi tysiącletniej! Prawnuka Pogromcy z Rodos! Dziewiętnaście lat! Trzecie wyzwanie! Cztery blizny! Szacunek! Teraz! — Herman wystąpił z kręgu na środek polany, za całe odzienie miał białe szalwary, szybko je zrzucił; ktoś cisnął mu nóż, Herman złapał go w powietrzu. Zenon zwrócił się ku Ablowi. — Teraz! Teraz! Szacunek dla esthlosa Abla z Berbeleków! Syna Hieronima! Hieronima Berbeleka! Tak! Strategosa Europy! Zwycięzcy z Umity! Zwycięzcy z Finas! Zdobywcy Psiego Grodu! Pioruna Vistulii! Hańby Czarnoksiężnika! Tak! Syna Hieronima Berbeleka! Szesnaście lat! Pierwsze wyzwanie! Szacunek! Teraz! Tu! Teraz!
Z każdym wykrzykiwanym honorem ojca Abel z coraz większą pewnością czuł, że przegra, że musi przegrać, zwycięstwo jest niemożliwe. Powoli i spokojnie, niczym w transie — pewność była tak wielka — zdjął kirouffę i szalwary, rozpiął sandały, wyjął z pochwy gocki kandżar. Na moment zagapił się na czarne, zakrzywione ostrze z purynicznej stali. Rękojeść-kobra była mokra od potu, otarł dłoń o udo.