Gdy jednak ujrzał ją owego wieczoru w wielkim atrium pałacu, u boku kuzynki Hypatii, witającą się z nowo przybyłymi gośćmi, w jednym z tych strojów, za które zapłacił był małą fortunę — cała złość z niego wyparowała i przyznał spokojnie, że przegrał tu z Szulimą i w istocie nie jest nawet z tego powodu zły. Ujrzał bowiem piękną kobietę, dummną aristokratkę. W ciągu tych kilku dni Amitace prawie zdołała przeobrazić Aliteę w alexandryjkę, nawet jej skóra jakimś cudem zaczęła nabierać owego miedzianego odcienia, barwy „nabuchodonozorowego złota”. Czarne loki spadały na plecy w starannie ufryzowanych falach, aż do równie czarnego, szerokiego pasa, przeszywanego srebrnymi nićmi, spod niego wypływał śnieżnobiały jedwab długiej spódnicy, rozciętej prawie do kolana, w rozcięciu migały złote rzemienie wysokich sandałów, kilkakroć obiegające smukłą łydkę; ta noga była lekko wysunięta. Alitea stała wyprostowana, z głową odchyloną do tyłu, uniesionym podbródkiem, ramionami cofniętymi, piersiami — co prawda jeszcze dalekimi od nabuchodonozorowej morfy — podanymi w przód, srebrny naszyjnik schodził między nie soplem zimnego metalu, na pół skryte za widnokręgiem Słońce krzesało na nim ostre błyski, gdy Alitea unosiła prawą rękę, odwracając dłoń, by witający się aristokraci mogli ucałować w pokłonie wnętrze jej nadgarstka, i wysocy aristokraci Aegiptu istotnie kłaniali się, składali formalne pocałunki, ona nagradzała ich skinieniem głowy i ruchem czarnego wachlarza ze skrzydła bazyliszka, trzymanego w ręce prawej, z lekkością i konfidencją godnymi zaiste esthle Amitace, otworzyć, złożyć, otworzyć, zatrzepotać, złożyć, dotknąć ramienia gościa — nawet gdy już potem odeszli i zmieszali się z innymi, oglądali się na Aliteę, wymieniali półgłosem uwagi, próbowali pochwycić jej spojrzenie. Udawała, że nie dostrzega.
Po prawicy esthle Lotte stali jej synowie oraz esthle Amitace i esthlos Kamal, przyrodni brat Laetitii. Miał to miejsce zajmować esthlos Berbelek, lecz wymówił się interesami. Co gorsza, wymówka była prawdziwa: zgodnie z informacją otrzymaną od Aneisa Panatakisa, zaproszenie przyjął i w pałacu esthle Lotty pojawił się esthlos Qethar Anudżabar, jeden z dwóch głównych udziałowców Kompanii Afrykańskiej. Nie czekając na formalne przedstawienie, podszedł do Hieronima i zainicjował rozmowę. Oczywiście był odeń znacznie wyższy; spod rozpiętej kartiby wyzierał czarny, muskularny tors (Anudżabar przez większą część roku mieszkał w anthosie Meuzuleka, w twierdzy Sala na zachodnim wybrzeżu Afryki), twarz okalała przycięta w kwadrat broda, grube wargi nieustannie wykrzywiał bezczelnie szczery uśmiech. Wobec małomówności Berbeleka łatwo narzucił formę konwersacji. Kieliszkiem absyntu wskazywał poszczególnych gości i półgłosem powtarzał Hieronimowi co zabawniejsze plotki na ich temat; czasami te plotki okazywały się w istocie aluzyjnymi komentarzami do złożonych w listach Kristoffa Njute propozycji handlowych. Pan Berbelek słuchał z ciekawością. Esthle Lotte chyba rzeczywiście znała każdego, kogo opłacało się znać w Alexandrii.