Zenon, wracając do szeregu widzów, klepnął Abla w plecy. Abel uniósł głowę. Nic nie słyszał, oni już coś skandowali, ale on nie słyszał, czerwone światło odebrało mu słuch. Herman szedł ku niemu, wyższy o pół pusa, z nożem ściskanym w dziwnym uchwycie na wysokości piersi. On trenował, pomyślał Abel, on już walczył, on umie. Ja sztyletem tylko się bawiłem. Nie mam prawa wygrać. Powinienem rzucić broń i paść na ziemię, ucałować mu stopy. Inaczej potnie mnie. Szlachtt!
Wyobraził to sobie: jak klęka i całuje jego stopy. Krew uderzyła mu do głowy. Wyszczerzył zęby. Szacunek dla esthlosa Abla Berbeleka! Syna Hieronima! Skoczył na Hermana. Tamten zamrugał, uniósł nóż, w ostatniej chwili opuścił go, cofnął się, odwrócił i zaczął uciekać. Abel zawsze był szybki, w gymnazjonie prześcigał wszystkich rówieśników. W dziesięć susów dopadł Hermana, ciął go przez plecy, przez udo, przez ramię, przez plecy; złapał go za włosy i szarpnął, zatrzymując w miejscu, po czym wbił mu kandżar w prawy pośladek.
Herman upadł. Dyszącego Abla odciągnął Zenon. Nad pokonanym pochylali się już lekarze, demiurgosi krwi i kości. Abel odwrócił zdumiony wzrok.
Wysoka aristokratka o diamentowych pierśczykach i kolorowym tatuażu oplatającym szyję podała Ablowi wielki kielich pełen wina. Uśmiechała się szeroko. Abel, ruchem tak naturalnym jak otarcie potu z czoła, przygarnął ją do siebie i pocałował, łapczywie wyjadając oddech spomiędzy jej warg.
Zenon szarpnął go za ramię i wzniósł ponad głowę jego prawą dłoń, nadal zaciśniętą w pięść. Już wszyscy skandowali, taka była oczywistość:
Abel! Abel! Abel! Abel! Abel!
Pierwszą rzeczą, jaką esthle Laetitia Lotte zrobiła, powróciwszy do Alexandrii, było zorganizowanie powitalnego przyjęcia. Witała bynajmniej nie esthle Amitace; chodziło o to, by alexandryjska aristokracja mogła się przywitać z Laetitia. Przyjęcie miało być, według słów Lotte, „dosyć skromne”. Zaprosiła nieco ponad setkę gości. Wieczorem trzeciego Maiusa, o Przyklęku Słońca — gdy krawędź tarczy słonecznej dotyka złotego posągu Alexandra — otworzyły się wrota pałacu.
Gościnność esthle Lotte, jakkolwiek wielka, miała swoje granice, nigdy nie było zresztą zwyczaju refundować gościom zakupów i pan Berbelek musiał zapłacić za ubrania dla siebie i dzieci z własnej kiesy. Mimo wszystko uniósł brew, gdy ujrzał rachunek przedstawiony przez medyjskiego krawca i babilońskiego jubilera Lotte: dziewięćdziesiąt procent należności to była należność za stroje Alitei. Zapłacił oczywiście bez kłótni; niemniej przy pierwszej okazji przepytał Porte i Antona co do krążących wśród służby i niewolników plotek (najpewniejsze źródło informacji w każdym domu) i wyszło na jaw, czego w gruncie rzeczy Hieronim się spodziewał: Alitea większość czasu spędzała z esthle Amitace, w pałacu lub w mieście, w ekskluzywnych łaźniach i someach teknitesów ciała, także zakupów dokonywała w towarzystwie Szulimy. Ona morfuje ją na moich oczach, irytował się w duchu pan Berbelek. Teraz, gdy Alitea jest najbardziej podatna, Amitace kształtuje jej przyszłość. I jak ja mogę temu zapobiec? Nie mogę; musiałbym złamać Formę własnej córki, musiałbym związać jej wolę. Kiedy to się zaczęło, na „Al-Hawidży”? Czy już podczas spotkania w cyrku? Bo prawdą jest, że rodzice nigdy nie są najbliższymi przyjaciółmi swych dzieci; ta rola przypada zawsze obcym, gdy dzieci poszukują sposobu na wyrwanie się spod formy ojca, matki — i wpadają na oślep w formy przeciwne. Tylko że w przypadku Abla to ja jestem tym obcym. Alitea zaś — Alitea znalazła sobie Starszą Siostrę.