Na wszelki wypadek pozostawili Antona przy stoisku rymarza, póki doulosi Weroniuszy nie wrócą z pościgu, najprawdopodobniej bezowocnego; reszta ruszyła ku południowej bramie targu. Wyszli na szeroki, piaszczysty Trakt Bydlęcy. Miejski wodopój znajdował się poniżej Am-Szasy, gdzie spływająca z gór rzeka zwalniała i rozlewała się szeroko po złotych pastwiskach Sadary. Na szczęście nie przeganiano właśnie Traktem żadnego stada, tylko kilkanaście mamuli wlokło się poboczem, poganianych leniwie przez samotne negrowe dziecko.

Im bliżej wodopoju, tym większe zagęszczenie żarz w powietrzu. Te owady, wymorfowane w zamierzchłej przeszłości z much gnojowych, nie wiedzieć przez kogo i ku jakiemu celowi, stanowiły prawdziwą plagę Afryki. Nawet anthos Illei nie zdołał ich wypędzić; a może po jej wygnaniu po prostu wróciły, rozprzestrzeniwszy się uprzednio na całą Ziemię. Pan Berbelek odpędzał się od nich rękoma i ryktą; na koniec po prostu zasznurował kirouffę, naciągnął sobie na głowę kaptur i ścisnął lewą dłonią białą tkaninę, pozostawiając jedynie otwór na oczy. Inni postąpili podobnie, jeśli tylko pozwalało im na to odzienie. Kobiety opędzały się od żarz, wachlując się kapeluszami. Zarży były czarne, tłuste, trzykrotnie większe od much. Według legendy zrodziły się z jaj złożonych w trupie zabitego w Pierwszej Wojnie Kratistosów kratistosa Vercyngoteryxa Glinojada. Pan Berbelek był teraz w stanie uwierzyć w tę bajkową nekromorfię. Minęli truchło chowoła, całe pokryte zarzami, smród i głuche brzęczenie owadów przyprawiały o ból głowy.

Plemię zwało się N’Zui i jego Forma obejmowała długie, patykowate kończyny, skórę czarną i lśniącą niczym unurzany w łoju węgiel oraz prawie bezwłose, wysokie czaszki z dziwnymi wgłębieniami ponad czołem. Przy wodopoju, kucając w półokręgu na skrawku niezadeptanej trawy za zakrętem Traktu, pod samotną ratakacją, czekało pięciu wojowników N’Zui, jeden stary i czterech młodych.

Wstali, gdy biali podeszli pod drzewo. Papugiec zagadał szybko w dialekcie plemienia. Starzec był szamanem, a wojownik z przepaską ze skóry mantikory — drugim synem wodza, on będzie prowadził negocjacje. Zwał się N’Te, co znaczy Ten, Który Odgryza. Wyszczerzył się szeroko do Papugca.

— P-pyta, kto jest waszym wo-odzem.

— Szulima już prowadziła z nimi… — zaczął pan Berbelek ale nie było po co kończyć, forma ustaliła się bez jego udziału, Papugiec, już tłumacząc pytanie, patrzył na niego, reszta również odruchowo obejrzała się na Hieronima, i Ten, Który Odgryza odczytał to bezbłędnie, stając naprzeciwko pana Berbeleka. Pozostali cofnęli się o krok. Hieronim wiedział, że nie ma sensu sprzeciwiać się morfie sytuacji, zresztą najpewniej stanowiła ona po prostu konsekwencję zdarzenia na targu. Nadal miał ryktę w ręku, wystarczyło ją unieść.

Zrzucił kaptur, odsłaniając twarz. Uderzył ryktą o udo. Szaman zawył, ugryzł się w dłoń i skierował zakrwawione palce ku panu Berbelekowi. N’Te wyszczerzył się jeszcze szerzej. Wskazał na ziemię między nim i panem Berbelekiem. Przysiedli na piętach, Papugiec z boku. Rozpoczęły się negocjacje.

Pan Berbelek zażądał stu osiemdziesięciu wojowników, jako tragarzy, poganiaczy zwierząt, tropicieli i myśliwych, do prac obozowych i do walki, gdy zajdzie potrzeba; na trzy do pięciu miesięcy. N’Te zażądał jednej złotej drachmy dla każdego wojownika za każdy miesiąc. Budżet dżurdży było na to stać, ale pierwszej propozycji oczywiście nigdy nie wolno przyjąć. Po kwadransie targów nawet Papugiec stał się zbędny, pan Berbelek i Negr porozumiewali się, unosząc do góry wyprostowane palce, rysując kreski na ziemi i potrząsając głowami. Na koniec stanęło na półtorej drachmy za każde trzy miesiące. Splunęli i przydeptali ślinę.

Pan Berbelek wstał, rozprostował plecy. Właściwie pozostał tu sam, nawet Szulima odeszła. Papugiec dogadywał z N’Te szczegóły.

— Kto ich poprowadzi? — spytał Hieronim. — Chcę mieć kogoś, kto by bezpośrednio odpowiadał za wojowników.

— On.

— Kto?

Papugiec wskazał N’Te. Ten, Który Odgryza pokiwał głową, jakby rozumiał ich słowa. Znaczenie miał fakt, iż on się nie podniósł, nadal trwał w przysiadzie na piętach, patrzył z dołu. Pan Berbelek wzniósł ryktę. Negr klasnął, raz i drugi. Przyjmowałem już bardziej wątpliwe przysięgi, pomyślał Hieronim. Odwrócił się ku miastu.

Перейти на страницу:

Похожие книги