Skinęła głową.
Oddał jej tytońca.
Gdy wracał do stołu z mapami, spostrzegł Abla. Syn stał w drzwiach prowadzących na werandę, skryty w cieniu. Podpatruje mnie, pomyślał Hieronim. To dobrze czy źle? Przecież Abel tego właśnie chciał: odziedziczyć morfę. I czy istotnie zależność nie działa w obie strony? No bo na co mi właściwie ta czysto teatralna władza? Wcale nie chcę kierować dżurdżą. Ale wiedziałem, spodziewałem się, że on będzie patrzył… A to się właśnie tak rozwija, karmi samo sobą, rośnie niepostrzeżenie od rzeczy najbanalniejszych: odruch ciała, szybkie słowo, nieprzemyślana reakcja, rykta w górze, rozkaz z moich ust, więc patrzą na mnie, oczekują kolejnego, więc zachowuję się, jak wymaga forma sytuacji, Papugiec, ten rymarz, a skoro oni, to i N’Te, a skoro on, to i esthle Justyna, a skoro ona, to — to — to właśnie jest twoje życie, strategosie Hieronimie Berbelek.
— Nie robimy rzeczy, które chcemy zrobić, jeno te, które leżą w naszej naturze — mruknął po vistulsku.
— Co? — Zajdar podniósł wzrok znad mapy.
— Nic, nic. Policzyłeś już, ile dni?
Później, gdy nad Am-Szasę wzeszedł różowy półksiężyc i na werandzie pozostali tylko pan Berbelek, Tobiasz Liwiusz i Mbula Szpon, we trzech palący w glinianych fajkach miejscową odmianę herdońskiego ziela i popijający tak zwane „gorzkie złoto”, alkohol fermentowany ze złotych traw sadaryjskich, i bardziej podłe piwo tedż — wtedy ponownie zjawił się Abel. Hieronim bez słowa podał mu kubek. Abel usiadł pod ścianą, zachowując dystans. Esthlos Liwiusz zabawiał pana Berbeleka historiami zasłyszanymi u rzymskiego posła: o coraz liczniej ciągnących przez Królestwa dżurdżach (dopiero co jedna wyszła z Am-Szasy na szlak południowy); o przywożonych przez myśliwych z Krzywych Krain strasznych trofeach, które tu, poza anthosami cywilizowanych kratistosów, zachowują o wiele więcej ze swej oryginalnej, niemożliwej Formy; o nieprzetłumaczalnych opowieściach dzikich wędrowców z pierwszego kręgu, które zarażają paniką całe plemiona; o sofistesach z Aegiptu, Babilonu, Sydonu, Trytu, Axum, nawet z Herdonu i Ziem Odwróconych, ściągających tu, by badać Formę Skoliodoi; o fenomenach atmosferycznych, wyrywających się co jakiś czas z Krzywych Krain i nawiedzających południowe peryferia Królestw: chmurach ognia na niebie, piorunach kroczących przez pustynię na tysiącpusowych łapach, o deszczach, w których wszystko, co żywe, rozpuszcza się niczym rozgotowane ciasto… Pan Berbelek wypytywał Mbulę o miasto Skoliodoi. Wyzwoleniec najwyraźniej nie był zbyt elokwentny, Szpon potrafił powtórzyć tylko kilka fraz o „czarnych piramidach” i „kamiennych drzewach światła”. Na koniec Liwiusz zasnął z głową na stole, uległszy „gorzkiemu złotu”. Medyk odholował go do łóżka.
Abel zatrzymał ojca jeszcze na moment.
— Czy pozwoliłbyś mi chociaż raz…
— Co?
— Chciałbym samemu poprowadzić jedno polowanie. Sprawdzić, czy jestem zdolny…
Pan Berbelek pokręcił głową.
— Ale dlaczego? — żachnął się Abel.
— Nie tak, nie tak — westchnął Hieronim. — Gdybyś rzeczywiście był zdolny, nie pytałbyś o pozwolenie.
— E! Głupie aforyzmy! Po co mam się z tobą kłócić i spierać przed ludźmi, skoro mogę po prostu zapytać?
— Ale jeżeli pozwolę ci je poprowadzić — pan Berbelek przeciągnął między zębami to „pozwolę” niczym niestrawny flak — to tak naprawdę prowadził je będziesz ty czy ja? — Klepnął syna w plecy, uśmiechnął się krzywo. — Podpatrujesz? Podpatruj. Czy ja rzeczywiście pytałem o pozwolenie? Myślisz, że esthle Weroniusz mogła mi czegokolwiek zabronić?
Pierwsza xewra pana Berbeleka zwała się Ulga (fioletowe płomienie na jej bokach, szyja w spirali soczystej zieleni), xewra druga, luzak — Sytość (czerwone zygzaki, biała pierś). Wszystkie wierzchowce były oznakowane pyrmorfunkiem w zbarbaryzowanej grece. Ulga okazała się bardzo dobrze ułożona, wyczuwała najlżejsze naprężenia mięśni ud, nieustannie przekrzywiała łeb, kątem oka kontrolując ruchy jeźdźca. Handlarz w Am-Szasie zarzekał się, że myśliwi będą mogli nawet strzelać z siodła. Nimrod Zajdar sprawdził to, ledwo opuścili miasto, odjechawszy na stosowną odległość od karawany, by keraunetowym grzmotem nie wzbudzić paniki wśród zwierząt i ludzi.
W skład karawany wchodziło osiem wozów ciągnionych przez poczwórne zaprzęgi chowołów, nadto trzy tuziny hunujów, na które trzeba będzie przeładować co cięższe bagaże, gdy dżurdża dotrze do terenu nie do pokonania dla wozów. Na koniec, w Krzywych Krainach, i tak zapewne wszystko nieść będą tragarze N’Zui. Zajdar, Papugiec i N’Te tak ułożyli trasę, by ominąć dżungle i pustynie. Aż do Marabratty mieli podróżować sawanną, sadarowymi lasami baobabowymi, skrajem skalistej hamady. Jechali na zachód południowy zachód.