Alitea i Klaudia dawno już straciły zainteresowanie negocjacjami. Przeszedłszy na drugą stronę Traktu, bawiły się rukatami, bezskutecznie próbując wykrzesać z biczy efektowne dźwięki. Przyglądali się temu, od czasu do czasu wybuchając śmiechem, Anton i dwaj doulosi Weroniuszy — dopóki Klaudia nie uderzyła przypadkiem jednego z nich. Gonili się potem w krzyku i śmiechu, dziewczęta pogubiły kapelusze, ubrudziły spódnice. Nad nimi, w tle, wspinało się po południowowschodnim zboczu Siodła Ebe złote miasto, rozpuszczająca się w wieczornym półmroku Am-Szasa, na razie jednak jeszcze skąpana w promieniach Słońca chowającego się za Górami Tybeckimi — tarasy nad tarasami, na nich stłoczone bez wyraźnego planu jedno — i dwupiętrowe kwadratowe budowle, o ścianach i dachach o tej porze oślepiających żółtym blaskiem. Na szczycie zigguratu świątyni Njad zapłonął ogień, kapłan właśnie zjadł serce dzisiejszej ofiary. Światła zapalały się w oknach setek domów. Dzieci pasterzy przeganiały bydło od wodopoju do zagród i stad. Nagie i półnagie Negryjki rozmaitych morf wracały od górnych źródeł, roznosząc po mieście dzbany i tykwy z wodą, ich głosy płynęły z nurtem rzeki, niezrozumiały świergot pół tuzina dialektów. Alitea przebiegła obok Hieronima, wymachując rukatą za rechoczącym Antonem; zabawy ciąg dalszy. Nawet żarz jakby ubyło. Słońce chowało się za krzywą krawędzią góry i cień wylewał się powoli na Am-Szasę, niczym zimna krew z rozdartej arterii bogini Dnia. Melancholijne przeczucie ścisnęło pana Berbeleka za serce: scena jest zbyt piękna, zbyt spokojna, nazbyt wiele tu beztroski i ciepłych barw. Takie właśnie chwile się wspomina, żałując tego, co bezpowrotnie utracone.

* * *

Na każde większe polowanie rozsądnie jest zabrać ze sobą medyka, tym bardziej na dżurdżę, i Ihmet wynajął był w Alexandrii jednego z najbardziej doświadczonych, starego Axumejczyka negrowej morfy, demiurgosa ciała Mbulę Szpona. Mbula miał ponoć ponad sto lat, lecz prezentował się jako bardzo żwawy staruszek, co dobrze świadczyło o sile jego Formy. W trudny do wytłumaczenia sposób już pierwszego dnia zaprzyjaźnił się z dziewczętami. Podczas podróży świnią zabawiał je, rozcinając sobie purynicznym nożem ramię, nogę, stopę i objaśniając wewnętrzną budowę człowieka; krzywiły się z obrzydzenia i niby odwracały głowy, a przecież patrzyły, zafascynowane, i na koniec chichotały, gdy szybko zasklepiał rany. Mówił plebejską greką. Był pośród uczestników dżurdży jedynym mężczyzną niższym od pana Berbeleka.

To właśnie Szpon — nie Zajdar, nie Papugiec, nie Szulima i nie Liwiusz, lecz stary medyk — przyniósł informacje, które zadecydowały o wyborze trasy.

— Marabratta, tutaj. — Dziabnął krzywym paluchem czarnobiałą mapę. — Dalej pięćset stadionów wzdłuż Suchej i na południe. Oczywiście za granicą Skoliodoi, ale widać z wierzchołków drzew. Przysięga, że to miasto.

— Miasto w Krzywych Krainach?

— Tak.

— Zbudowane przez kogo?

Mbula przyłożył dłoń do czoła, co stanowiło w niskich kręgach odpowiednik wzruszenia ramionami.

— W Skoliodoi żyją jacyś ludzie? — zdumiał się esthlos Ap Rek.

— Z definicji, skoro tam żyją, nie są ludźmi — mruknął Gauer Szebrek.

Zajdar pochylił się nad mapą.

— Marabratta… Katamusze… Abu-Ti… Znasz te ziemie?

— Zna-am. A-ale za Marabratttą nigdy nie byłem.

— Kto był?

— Nnie wiem. Nnikt.

— No a ten twój wyzwoleniec? — Nimrod zwrócił się do medyka. — Skąd on się tam wziął? Poszedłby z nami za przewodnika? Złoto do ręki i tak dalej. Co?

— Nie. Nigdy. Przez pół roku pocił się piaskiem, ślinił błotem, dopiero co wrócił do formy, jeszcze sra kamieniami i sypie się z niego rdza.

— Marne świadectwo dają oczy i uszy człowiekowi o duszy barbarzyńcy — mruknął pan Berbelek. Rozglądnął się po werandzie hospicjum. — Wszyscy? Dobrze. Trzeci dzień w Am-Szasie, tracimy czas. Jaka decyzja? Marabratta? Tak? No to już. Ihmet, Marabratta. Papugiec, biegnij do N’Te: jutro o świcie za wodopojem. Spakować się, zapłacić, położyć się wcześnie. Tak, esthle?

Justyna Weroniusz zapaliła tytońca od drżącego płomienia świecy.

— Chciałabym się dowiedzieć — rzekła, uwolniwszy z ust ciemny dym — kto i kiedy uczynił cię strategosem tej dżurdży, esthlos.

Pan Berbelek podszedł do niej, wyjął spomiędzy jej palców tytońca, zaciągnął się. Marek Weroniusz siedział po drugiej stronie żony, Hieronim patrzył mu w oczy, gdy strzepywał popiół na glinianą podłogę werandy.

— Ty, esthle — odparł, nie odwracając spojrzenia od starszego mężczyzny. — W tej właśnie chwili.

— Co znowu… — żachnęła się Justyna, podrywając się na nogi.

Pan Berbelek zatrzymał ją w pół ruchu, kładąc dłoń na ramieniu. Usiadła z powrotem. Pochylił się nad nią; esthlosa Marka miał teraz na linii wzroku za esthle Justyną.

— Czy chcesz, abym was poprowadził? — spytał cicho.

Próbowała szukać wsparcia u innych, lecz nie zdołała nawet odwrócić spojrzenia, twarz pana Berbeleka znajdowała się zbyt blisko. Nie było w nim groźby i nie było w nim kpiny, nie uśmiechał się, patrzył na Weroniuszy spokojnie, niemal przyjaźnie. Nie mogła powiedzieć „nie”.

Перейти на страницу:

Похожие книги