Pierwszy dzień był dniem ustalenia rytuałów. Stu osiemdziesięciu Negrów stawiło się pod Am-Szasą, każdy ze skórzanym tobołkiem na plecach, trójkątną tarczą z likotowej kory i bawolej skóry oraz trzema kurroi, krzywymi dzirytami-oszczepami z kości humija, podobnymi nieco do harpunów. Po związaniu razem, zadziorami na zewnątrz, służyły jako rozrywająca ciało maczuga, kurrote; ciskane oddzielnie przebijały na wylot gazelę. Pan Berbelek nie zdołał się powstrzymać od ironicznego uśmiechu. Oto przecież było wojsko, jego wojsko — początek i koniec każdego strategosa. Czekali, siedząc na piętach, w półmroku przedświtu, ponad horyzont wysunęła się dopiero czerwona grzywa Słońca. N’Te wstał, wskazał Hieronima swoimi kurroi i krzyknął. Pan Berbelek podjechał bliżej, zsunął z głowy kaptur kirouffy. Papugiec wraz z resztą został z tyłu, za wozami i zwierzętami; ale teraz nie chodziło o treść słów, treść nie miała znaczenia. Hieronim zajechał był od wschodu, by mieć Słońce za plecami. Stanąwszy w strzemionach, wskazał ryktą na N’Zui i przed siebie, ku zachodowi. — Ruszamy! — Wstali, nie czekając potwierdzenia rozkazu z ust N’Te.
Rzecz jasna, to był dopiero początek. W południe, gdy przystanęli na „godzinę wody”, jeden z wojowników prowadzących od rzeki humija potknął się i potrącił rozmawiającego z Zajdarem pana Berbeleka. Było to tak oczywiste, że Hieronim i Ihmet zdążyli nawet wymienić rozbawione spojrzenia, zanim pan Berbelek odwrócił się i trzasnął Negra ryktą przez plecy. Wojownik skoczył z wrzaskiem na Hieronima — chciał skoczyć, ale pan Berbelek nie zatrzymał się, stał już twarzą w twarz z wyższym o pus N’Zui i zamiast uderzyć, tamten cofnął się o krok, drugi, trzeci, pan Berbelek postępował za nim, z twarzą kamienną i ryktą wskazującą ziemię. — Psie! — syczał (a Negr oczywiście nie rozumiał słów). — Służ! — Z piątym krokiem zaczął okładać wojownika ryktą po piersi, po twarzy, po grzbiecie, gdy tamten zgarbił się, pochylił, na koniec padł na kolana, pan Berbelek chlasnął go wówczas przez kark, postawił obutą w jugr stopę na potylicy Negra i nacisnął, wtłaczając mu głowę w ziemię. Kiedy w końcu odstąpił, N’Zui, nie trąciwszy czasu na łapanie oddechu, zaintonował charkotliwie jakąś pieśń-litanię i jął bić przed Hieronimem pokłony. Pan Berbelek odszedł, nie obejrzawszy się.
Tej też nocy po raz pierwszy rozbili obóz. Pan Berbelek postanowił od razu zaszczepić zwyczaje na czas zagrożenia, wyznaczając dziesiątą część wojowników do warty i grupując namioty w kręgu wozów. Tak naprawdę największym zagrożeniem okażą się najpewniej nocni drapieżnicy z apetytem na świeże mięso chowoła, humija czy xewry, lecz Hieronim już ze zbyt wielkim zaangażowaniem odgrywał stretegosa Berbeleka, Forma albo jest prawdziwa, albo nie, nie istnieją półFormy, „Formy na niby” — a czy kto kiedy słyszał o strategosieoptymiście? Łatwiej spotkać tchórzliwego aresa.
Drugiego dnia, gdy wyjechali poza otaczające Am-Szasę wioski, pastwiska i pola uprawne, nimrod zaczął uczyć niedoświadczonych myśliwych posługiwania się keraunetem. Odjeżdżali rankiem od karawany na kilkanaście stadionów; tam strzelali do głazów i pni. Do braku obeznania z bronią pyrosową, oprócz Alitei, Abla, Klaudii oraz esthlosa Ap Reka, przyznał się także Gauer Szebrek (Ihmet twierdził, iż Babilończyk istotnie zdawał się nie radzić sobie z keraunetem).
Esthlos Liwiusz śmiał się, że tak właśnie wyglądały teraz dżurdże: wyprawy towarzyskie aristokracji, co nigdy dotąd nie powąchała pyrosu. Drugiej nocy, przy ognisku, gdy rozgrzani „gorzkim złotem” zapadli w gadatliwą formę, Tobiasz przyznał się do pięciu lat spędzonych w Zamorskich Legionach Rzymu. Pokazał morfunek na barku. Pan Berbelek zrozumiał, ile tego dwudziestokilkulatka kosztuje udawanie, że nie zdaje sobie sprawy, kim jest Hieronim. A w każdym razie nieokazywanie mu tego. Pan Berbelek zapisał: