Noce były bardzo zimne, tak zimne, jak dni — upalne. Stojąc na sawannie naprzeciw wschodowi Słońca, fizycznie czułeś przejście po niej, wraz z widoczną falą światła, niewidocznej fali rozgrzanego powietrza. W ciągu tych kilku minut znikał szron ze źdźbeł trawy, odmieniały się barwy ziemi i nieba, nagle znajdowałeś się pośrodku okeanosu rozfalowanego złota, z głową nabożnie pochyloną, w Afryce bowiem nie sposób patrzeć powstającemu Słońcu w twarz, to jest ląd bogów ognia i krwi. N’Zui mieli swoje talizmany, mieli poukrywane w tobołkach pokraczne idole i niekiedy o świcie wyciągali je, by napiły się Słońca, gdy jego promienie niosą największą moc; potem z powrotem chowali w ciemność, poklepując z czułością kamienne szkaradzieństwa.

Duża część ich zachowań wynikała bezpośrednio z dzikości ich morfy, nadal przecież zgoła półzwierzęcej; nawet jeśli dało się ich opis jakoś zawrzeć w słowa, trudno było owe zachowania zrozumieć ludziom cywilizowanym. Wojownicy N’Zui nie przyjmowali na przykład żadnych poleceń od kobiet. Szulima oczywiście sobie poradziła — lecz Alitea i Klaudia już pierwszego dnia przyszły ze skargą do Papugca i pana Berbeleka. Hieronim tylko wzruszył ramionami.

— Nie można rozkazem zarządzić respektu.

— Ale żeby kładli wodę tam, gdzie pokazuję! — irytowała się Alitea. — Mór na ich szacunek, nie muszą mnie szanować!

Pan Berbelek westchnął, dorzucił drewna do ogniska.

— To są dzicy, kochanie. Czy widziałaś kiedykolwiek dziką kobietęwojownika? Albo kobietęwodza? Nas cywilizacja wyzwoliła z rządów odziedziczonej morfy i dała władzę nad hile, świat poddaje się naszej woli, wola decyduje — oni natomiast, oni są jak zwierzęta. Można ich wytresować, ale sami nie potrafią siebie przeformować, toteż żadna ich kobieta nie jest w stanie narzucić sobie Formy dającej jej władzę nad mężczyznami; one naprawdę są „mężczyznami niedoskonałymi”. Ich demiurgosi nawet nie zdają sobie sprawy, że są demiurgosami; teknitesów zabijają lub czynią szamanami; nawet kratistosi barbarzyńców nie posiadają świadomości własnej morfy, ich anthosy to aury przypadkowej dzikości, wzmocnione odbicia lokalnych wypaczeń kerosu. Popatrz na nich. — Wskazał płonącym patykiem poza krąg wozów, w cień pełen ciemniejszych cieni, skąd dochodziły jękliwe śpiewy i pomruk cichych rozmów w skrzecząco-mlaskającym języku. Same ogniska N’Zui, małe, rozpalane na suszonym nawozie, o zielonych i błękitnych płomieniach, były stąd niewidoczne. — Gdziekolwiek dotrą, cokolwiek ujrzą, ich ignorancja pozostanie niewzruszona.

— Bardzo dziękuję — odparła sarkastycznie Alitea. — A nie mógłbyś po prostu wydać im rozkaz?

— Zaraz przybiegłybyście po następny rozkaz. I tak w kółko. Musicie sobie radzić. Macie Antona. Bierzcie wzór z esthle Amitace.

— No właśnie. — Klaudia obejrzała się ku namiotowi Szulimy. — Jej słuchają. Więc jak to jest? Co?

— Bo e-esthle Amitace nie jest ko-kobietą.

Zagapiły się na Papugca, zmarszczywszy brwi.

— A zdradzisz nam, jakżeś dokonał tego odkrycia? — parsknęła Alitea.

— Nie kobietą, znaczy — kim? mężczyzną? hermafroditą? ifrytem? — śmiała się Klaudia.

— Mah’le, c-córką bo-ogini.

— Rzeczywiście, wygodne — mruknęła po chwili Alitea. — A czy ta bogini nie mogłaby przypadkiem mieć więcej córek?

Pan Berbelek nie uśmiechnął się.

— Czemu kpisz? Tylko w legendach bogowie rodzą się z bogów.

Alitea machnęła ręką. Była zmęczona, Hieronim mówił jej nie to, co chciała usłyszeć. Pan Berbelek patrzył za odchodzącymi dziewczętami ze smętną zadumą. Być może ojcostwo wcale nie polega na traktowaniu dzieci serio i z pełną szczerością, być może pomylił formy.

Alitea tymczasem istotnie najczęściej przebywała z Szulimą, Szulimą i Klaudią. W pierwszym tygodniu, gdy dżurdża ciągnęła przez ziemie plemion N’Yoma i Bereczute, które sąsiadowały bezpośrednio z ziemiami N’Zui, toteż ludy te posiadały długą a krwawą wspólną historię i Papugiec doradzał unikać wszelkich spotkań, jakkolwiek niewinnych — w pierwszym tygodniu nikt nie oddalał się od karawany dalej niż na te kilkanaście stadionów, jak nimrod podczas ćwiczeń strzeleckich. Potem wszakże zaczęto wypuszczać się na coraz dłuższe wycieczki, nierzadko odłączając się już o świcie i wracając o zmierzchu. Karawana ciągnęła w chowolim tempie, krajobraz zmieniał się bardzo powoli, szkliste oczy Negrów bezustannie obrócone na białych też nie uprzyjemniały podróży — człowiek chciał się wyrwać choć na moment. Afryka rozwierała szeroko ramiona, wielka, jasna przestrzeń przyzywała. Wskakiwali na xewry i odjeżdżali ku horyzontowi. Szybko potworzyły się grupy: Szulima, Alitea, Klaudia (zazwyczaj z Antonem i Zueią); Weroniusze i Zenon Lotte (też ze służącym czy dwoma); esthlos Ap Rek i Gauer Szebrek — czasami razem z Zajdarem, równie często jednak nimrod wyjeżdżał sam lub z esthlosem Liwiuszem. Liwiusz poza tym nie oddalał się od karawany, podobnie jak pan Berbelek, Hieronim wszakże w ten sposób wypełniał Formę hegemona dżurdży — co zaś trzymało tu Tobiasza?

Перейти на страницу:

Похожие книги