W Słońce, w Słońce, w Słońce, gdy z każdą minutą rośnie upał i suche powietrze rozdrapuje gardło, z każdym oddechem bardziej ściśnięte; kiedy przychodzi wypowiedzieć zdanie, słowo, trzeba wpierw przełknąć ślinę, ale że śliny brak, sięgasz po bukłak, zanim otworzysz usta. Kaptury naciągnięte na głowy, nasadzone kapelusze, zawinięte trouffy — skądkolwiek pochodzi, błogosławiony jest cień. Cień, chłód, wilgoć, wkrótce już o niczym innym nie sposób myśleć, umysł wymyka się spod władzy woli. Nie zatrzymali się w południe, nie zatrzymają się, póki nie dotrą do celu. N’Zui biegli niezmordowanie; biali znosili to gorzej. Tobiasz zaczął polewać się wodą — gdy za kolejnym swym nawrotem ujrzał to Zajdar, skłął aristokratę w trzech językach. Kiedy po południu mijali błotnistą rzeczkę, tylko nimrod, ares i pan Berbelek nie zatrzymali się przy niej wraz z prowadzącymi humije Negrami.

O Przyklęku Słońca Zajdar przyniósł wiadomość, iż formacja skalna, którą wskazał Hamis — pochylony graniastosłup pośrodku równiny — znajduje się tuż za horyzontem. Należało poczekać do zmierzchu, by nimrod mógł zajść bliżej i rozpoznać dokładne pozycje bandy. N’Te wyznaczył wartowników i ludzi do opieki nad zwierzętami. Pan Berbelek polecił opróżnić kiszki. Żadnego ognia, oczywiście; żadnych fajek i tytońców. Sam oddalił się od kręgu wojowników. Przysiadłszy na rozgrzanym głazie, pisał w promieniach gasnącego Słońca: Jeśli wszystko ułoży się, jak dawniej się układało, jeśli morfa zgodzi się z morfą — czy będzie to stanowić dowód czegokolwiek? A jeśli poniosę klęskę — czego ona będzie dowodem? Czy naprawdę można aż tak dobrze udawać cudzą Formę? Jestem takim samym synem strategosa Hieronima Berbeleka jak Abel; i obaj pożądamy tego samego. Jeden z nas wróci z tej dżurdży zwycięzcą. Słońce zaszło, nie mógł dalej pisać. Wrócił między ludzi. Liwiusz poczęstował go rozwodnionym winem, Papugiec rzucił arfagę. W pomarańczowym świetle Księżyca wszyscy wydawali się młodsi, chudsi, ich skóra gładsza. Hieronim przyglądał się Ablowi rozmawiającemu szeptem z Zueią. A jeśli Abel zginie? Może zginąć, niezależnie od posiadanej przewagi, każda bitwa to potencjalna obustronna masakra. A przecież nie mogę mu zabronić, wystawianie się na śmiertelne niebezpieczeństwo należy do jego praw i obowiązków, to jest czas po temu, właśnie teraz, młodość. Hieronim wysysał arfagę w milczeniu.

Jak zwykle, nikt nie spostrzegł powrotu nimroda.

— Żadnych wartowników. Wszyscy pod zachodnim zboczem, trzynaścioro. Jedno ognisko. Większość zwierząt spętana, kilkaset pusów na południe. Keraunety na podorędziu, zapewne naładowane. Właśnie zaczęli jeść.

Pan Berbelek przywołał Papugca i N’Te.

— Trzy oddziały: Północ, Południe i Odwód. My podejdziemy na wprost na odległość strzału. Północ i Południe po łukach i do skały. Czekać na grzmot. Wtedy atak z obu stron. Odwód za nami. Jeśli ktoś się wyrwie, my go zdejmujemy z keraunetów. Potem wy, i do zwierząt. Nie dobijać. Wszystkie łupy wasze. Zrozumiał?

— T-tak.

— No to już!

Znowu skradali się przygięci do ziemi, rozgarniając rękoma wysokie trawy, z ciężkimi keraunetami na plecach, każdy z dwoma. Złota sawanna podchodziła prawie do samej skały, trzeba będzie strzelać na stojąco. Pan Berbelek ujrzał w mroku pierwszy błysk ogniska zbójców już po stu krokach, musieli jednak podejść znacznie bliżej, by liczyć na jaką taką celność strzałów, nawet w nakładających się anthosach nimroda i aresa. Przynajmniej dzięki tym anthosom wszyscy poruszali się bezszelestnie, nikt się nie potknął, nie kichnął, nie upuścił broni; a takie rzeczy często się zdarzają. Choć zapewne nie wojownikom N’Zui.

Pan Berbelek potrafił już rozróżnić wśród sylwetek ludzi zebranych wokół małego ogniska pod skałą mężczyzn i kobiety (kobiety były dwie). Rozkazał zatrzymać się. Teraz należało odczekać kwadrans, by mieć pewność, że Północ i Południe dotarły na pozycje. Hieronim rozstawił strzelców. On w środku, po lewej Zajdar i Abel, po prawej Zueia i Liwiusz. Przydzielił cele, by uniknąć marnowania kilku kul na jedną ofiarę. Oddział odwodowy rozciągnął się tymczasem za nimi w szeroką podkowę, Bawole Rogi.

Перейти на страницу:

Похожие книги