Co do Zajdara — rola nimroda była dość dobrze określona. Z każdym stadionem więcej dzielącym ich od cywilizacji, rozkwitał anthos Persa. Pierwsze wyczuły to oczywiście zwierzęta, xewry i humije: unosiły łby, parskały nerwowo, przebierały kopytami, skoro tylko pojawiał się w zasięgu wzroku. Jego własne xewry słuchały go natomiast niczym najwierniejsze psy. 23 Quintilisa nimrod po raz pierwszy zabrał ze sobą kilkunastu N’Zui, by uzupełnić zapasy dziczyzną; wrócili jeszcze przed wieczorem, niosąc rozdzielone z rzeźniczą precyzją kawały mięsa elefanta. Nimrod powalił był go jednym grzmotem, kula przeszła na wylot przez pancerną czaszkę. W nocy Negrzy odtańczyli przebieg całego polowania przy wielkim ognisku. Tymczasem Ihmet zaczął się odziewać na modłę południowych manatytów: bose stopy, czarne szalwary, skórzana kamizela z kieszeniami na gotowe ładunki do keraunetu, biała trouffa, w dzień zazwyczaj tak zawinięta dokoła głowy, że było widać tylko błękitne oczy oraz czarną brodę, coraz gęstszą. W nocy wdziewał gruby, lniany dżulbab i siermowy burnus. Właściwie tylko wtedy można go było zastać przy karawanie: po zmierzchu, przed świtem. Przemieszczał się po obozie od cienia do cienia, bezdźwięcznie, pojawiając się znienacka i bez uprzedzenia rozpływając się w mroku. Dziewczęta twierdziły, że specjalnie je straszy, ale pan Berbelek wiedział, że nimrod nie robi tego celowo, nawet nie świadomie. N’Zui przynosili do Ihmeta kurroi, by je pobłogosławił. Zajdar oblizywał ich kościane ostrza, z obleśną czułością przesuwając szerokim językiem po hakach i zadziorach. Któregoś wieczoru podczas pełni pan Berbelek podpatrzył go przykucniętego przy krowim ognisku Negrów, nimrod gryzł surowe mięso, z głośnym charkotem przełykając wielkie kęsy, krew wsiąkała mu w brodę. Wyszczerzony N’Te podawał mu następny kawał. Quintilis. Górnym brodem przeszliśmy Taitsi. Pióro nie pasuje do palców, trudniej pisać. Wszystko jest bliższe ziemi. Powoli opuszczamy morfę cywilizacji.

W nocy z dwudziestego siódmego na dwudziesty ósmy, pomiędzy Dies Saturni a Dies Solis, Ihmet Zajdar zjawił się bez uprzedzenia w namiocie pana Berbeleka i, przykucnąwszy u wezgłowia, obudził go krótkim potrząśnięciem. Hieronim odruchowo sięgnął pod posłanie. Nimrod złapał go za nadgarstek.

— Spokój, to ja.

— Widzę — syknął pan Berbelek. — Puść.

Ihmet zwolnił uchwyt.

Pan Berbelek usiadł. Wejście namiotu było zapięte od wewnątrz, przed namiotem spał Porte, a płótno nie zostało nigdzie przecięte, jeśli pan Berbelek potrafił to ocenić w świetle Księżyca. Postanowił nie pytać, jak nimrod się tu dostał.

— Mów.

— Jesteśmy śledzeni.

— Kto, ilu, jak daleko, jak długo?

— Szesnaście humijów i wielbłądów, pięć zebr. Ludzi czternastu lub piętnastu. Często się rozdzielają, główna grupa trzyma się jakieś pół dnia od nas, południe, południowy wschód. Po dwóchtrzech zwiadowców na zebrach podjeżdża bliżej, badają trop, wyprzedzają nas i cofają się. Bardzo dobrze zacierają ślady po sobie, nie ryzykowałem bliższych podejść. To nie są Negrowie, nie tylko.

— Jak długo?

— Nie wiem, co najmniej pięć dni, musiałbym zostawić was na tydzień, żeby sprawdzić, czy od samej Am-Szasy.

— Ci zwiadowcy wymieniają się tu, czy przy głównym oddziale?

— Najlepiej wziąć ich na dwa razy. Zwiadowcy powiedzą, o co chodzi, będziemy wiedzieli, czego się spodziewać.

— Polują? Tak.

— Nimrodowie, aresi?

— Żadnych; albo się kryją. Ale dobrzy tropiciele, bardzo dobrzy.

— Wiesz, gdzie znajdują się tej chwili?

— Zwiadowcy? Pięćdziesiąt stadionów. — Ihmet wskazał ręką kierunek. — Chyba że poderwali się na jakiś nocny rekonesans.

— Trzech czy dwóch?

— Dwóch.

— Dobrze. Idź obudzić esthlosa Liwiusza i esthle Amitace.

— Esthle Amitace? Po co?

— Może nam się przydać jej niewolnica. Nimrod podniósł się.

— Ihmet. Tak?

— Czy prawdziwemu strategosowi odpowiedziałbyś na rozkaz pytaniem?

Zajdar niespodzianie roześmiał się.

— Czy prawdziwy nimrod przychodziłby pytać, co zrobić z wytropioną zwierzyną?

Wyszedł, odrzuciwszy klapę namiotu, budząc przy tym starego Porte.

Opuścili obóz pod Księżycem w pełni, z trzema godzinami ciemności w zapasie. Berbelek, Zajdar, Liwiusz, Zueia. Zabrali ze sobą trzy luzaki. Pan Berbelek wydał wcześniej N’Te przez Papugca precyzyjne rozkazy. Wszyscy wojownicy zostali obudzeni, wysunięto warty na kilka stadionów w sawannę; karawana ma ruszyć o świcie jak co dzień, szlak był ustalony; nikomu jednak nie wolno oddalać się poza zasięg wzroku. Pod nieobecność esthlosa Berbeleka dowodzi Mah’le.

Pięćdziesiąt stadionów dobry koń potrafi pokonać w kilkanaście minut. Xewry były ponoć znacznie lepsze na długich dystansach, lecz i tak pozostawało dosyć czasu do świtu. Nie mogli też przecież po prostu pogalopować prosto na wroga.

Перейти на страницу:

Похожие книги