Co się okazało: dżurdże zdążyły obrosnąć całym przemysłem, tym legalnym i tym nielegalnym. Pograniczne bandy, takie jak ta, żyjące z rabunków i rozbojów na owym obrzeżu cywilizacji, pomiędzy królestwami i anthosami kratistosów, zwietrzyły swoją szansę. Oczywiście nie było mowy o frontalnej napaści na dżurdżę, zresztą znacznie lepiej opłaciłby się atak na karawanę kupiecką, one przynajmniej wiozły jakieś bogactwa; ale istniał inny sposób na wyciśnięcie pieniędzy z aristokratów północy. Czekano, aż oddali się na jakieś dłuższe polowanie kilkuosobowa grupka — i porywano co znaczniejszych myśliwych. Aby nie popełnić błędu identyfikacji, obserwowano pilnie członków dżurdży jeszcze w miastach Złotych Królestw: kto tu jest ważny, kto płaci, komu się kłaniają. Najlepiej porwać jego krewnych; a wprost wymarzoną ofiarą są dzieci. Aristokraci płacą setki talentów. Wymian dokonuje się w pustynnych częściach Sadary lub w głębi dżungli, pod dzikimi anthosami.
Pan Berbelek przypomniał sobie rzekomego złodzieja na targu w Am-Szasie. No tak, powinienem był się domyśleć.
Tymczasem wrócił Liwiusz z xewrami.
— Trudno mi uwierzyć — kręcił głową. — Alexandria huczałaby od plotek. A nikt nawet się nie zająknął.
— To nie jest miasto, w którym człowiek dobrowolnie przyznaje się do słabości — rzekł pan Berbelek.
Tobiasz stanął nad zbójem.
— Przecież większość dżurdż jest prowadzona przez nimrodów, jak mogliście się spodziewać, że was nie wytropią?
— Nie wytropili. Nigdy dotąd. Trzy razy.
Hieronim spojrzał na Ihmeta, uniósł brew. Pers przyłożył dłoń do czoła.
Wrzucili spętanych porywaczy na zebry i ruszyli stępa z powrotem ku obozowi dżurdży. Słońce jeszcze się nie zaczęło wygrzebywać spod ziemi. Pan Berbelek jechał przy zebrze starszego zbója (zwał się on Hamis) i wysłuchiwał w ciszy afrykańskiej nocy pospiesznej spowiedzi — co tylko Hamis mógł zdradzić, co się do zdrady nadawało. Jest ich piętnaścioro, przywódca nazywa się Hodżrik Kafar, to dezerter z Gwardii Memphiskiej. W Aegipcie, Axum, Huratii, Efremowych szejkanatach i w Złotych Królestwach wyznaczono nagrody za głowy pięciu z nich. Nie ma między nimi żadnego aresa ani nimroda, jeno jeden demiurgos Wody, który otwiera im źródła na pustyniach. Wszyscy uzbrojeni w keraunety. Do ich obozu można trafić tak a tak; wymieniają się wtedy i wtedy; jeśli warta, to tu i tu. Darujecie mi życie, esthlos?
Zmiana zwiadowców miała nastąpić nazajutrz, nie było więc na co czekać. Pan Berbelek oddał więźniów pod kuratelę N’Te. Papugcowi kazał ogłosić, że za godzinę wyruszy wyprawa wojenna, okazja dla zdobycia łupów, sławy i przychylności bogów. Pięćdziesięciu mężnych! Oczywiście wszystkie kurroi poszły w górę. Wybierał Ten, Który Odgryza. Co do myśliwych, to z Hieronimem pojadą naturalnie Ihmet, Tobiasz, Zueia i Papugiec, lecz tu też chętni okazali się prawie wszyscy — przecie to nareszcie była prawdziwa przygoda. Mieli zostać napadnięci przez zbójców! Będzie co opowiadać. Nawet stary Ap Rek wpadł w formy młodzieńczej ekscytacji. Pan Berbelek odmawiał. Abel spytał go tylko raz; jemu też odmówił. Alitea i Klaudia usłyszawszy krótkie „nie”, obraziły się ostentacyjnie. Gdy pakowano na humije zapasy, Hieronim przekazywał Szulimie ostatnie polecenia. Słuchała w milczeniu. Na koniec podała mu rękę. Ucałował wnętrze nadgarstka, gorącą skórę nad pulsującymi żyłami.
Karawana i oddział Berbeleka wyruszyły w przeciwnych kierunkach, szybko niknąc sobie z oczu. Tuzin zwierząt i pół setki negrowych wojowników rozciągniętych w długi wąż — zmierzali prosto we wstające nad sawanną Słońce, w ten tunel gorącego światła, otwierający się na linii horyzontu. N’Zui zaczęli śpiewać, podnosząc głos zgodnie z rytmem biegu. Ihmet od razu wysforował się przed oddział, roztapiając się w Słońcu. Pan Berbelek został z tyłu, zamykając sznur wojowników i zwierząt.
Po pół godzinie pojawił się u jego boku Abel na spoconej xewrze. Na spojrzenie ojca odpowiedział szerokim uśmiechem.
— Sądzisz, że możesz mi czegokolwiek zabronić?
Pan Berbelek chlasnął go ryktą przez pierś. Abel spadł z xewry.
Pan Berbelek zatrzymał Ulgę; poczekał, aż chłopak z powrotem dosiądzie swego wierzchowca.
— A teraz będziesz słuchał moich rozkazów.
— Tak, esthlos.