Pan Berbelek jechał zakutany w równie czarną kirouffę, kaptur krył mu twarz. Czasami zwalniał, czasami poganiał Ulgę. Mijając ich, mógł swobodnie przypatrywać się synowi i córce. Oboje trzymali się już w siodłach z podświadomą pewnością siebie wziętą z Formy nimroda; strzemiona, na herdońską modłę, podciągnięte mieli wysoko, nogi zawsze ugięte, wodze w lewej dłoni, prawa wolna, by w każdej chwili móc sięgnąć po keraunet — nie dalej jak przedwczoraj Abel ustrzelił tak, z sekundowego złożenia., drapieżnego kakomorfa, który rzucił się na pasące się chowoły. Keraunery (po dwa przy każdym siodle, po lewej, kolbą ku łbu xewry) były zawsze naładowane i z odwiedzionymi młoteczkami, czyścili je sumiennie dwa razy dziennie, nawet Alitea. Aliteę ostatnio zabrał na kilka polowań Zenon Lotte i chyba zdołał zarazić ją łowiecką gorączką, a przynajmniej dał jej odczuć ten żar. W każdym razie twierdziła, że ustrzeli dzisiaj swego pierwszego kakomorfa. Co zaś się tyczy Abla, to po Zajdarze miał on na koncie najwięcej kakomorfów. Do niego należały niektóre z najbardziej egzotycznych stworów złożonych w wozach dżurdży, a właściwie ich szczątki (mięso kakomorfów, gnijąc, cuchnęło przeraźliwie).
Gdy pan Berbelek wyprzedzał teraz syna, ścigając tropicieli, dojrzał na piersi Abla, wyrzucony na wierzch koszuli, amulet sporządzony przez N’Te z kości jednej z położonych przez Abla bestii. Lśnił zimno w świetle gwiazd: rurka suchego lodu, w której wnętrzu gotuje się nieustannie biała krew kakomorfa, nie wylewająca się z żadnej strony. Abel twierdził, iż wystarczyło wciągnąć powietrze z zapachem tej krwi (przykładał sobie rurkę do nosa, zaciskał drugie nozdrze, odchylał głowę), aby przegnać z ciała wszelkie zmęczenie i uzyskać kryształową czystość myśli.
Owi tropiciele N’Zui, aczkolwiek zazwyczaj pod nieobecność nimroda istotnie wykorzystywani do odnajdywania i wypłaszania zwierzyny, dzisiaj mieli za zadanie jedynie doprowadzić myśliwych do miejsca opisanego wcześniej przez Zajdara.
Pozostało do świtu jeszcze pół godziny, gdy wjechali — pan Berbelek pierwszy — pod korzenie aer-figowców, zgromadzonych w tym gaju pół stadionu od północnego brzegu Żółwiej Rzeki, toczącej się przez sawannę w szerokim, płytkim korycie. Skoliotyczne figowce unosiły się w powietrzu dziesięć-piętnaście pusów nad ziemią. Sięgały jej natomiast ich korzenie, kielichowatymi baldachimami rozpościerające się pod pniami. Gdy nad sawanną wiał mocniejszy wiatr, cały gaj żeglował kilka stadionów w tę lub we w tę, a wiotkie pędy za każdym razem na nowo próbowały się zanurzyć w glebie. Zapewne w ten właśnie sposób aer-figowce przybyły tu z Krzywych Krain.
Myśliwi i zwierzęta ukryli się pod korzeniami kakomorficznych drzew, Hieronim, Abel i Alitea pod tym wysuniętym najbardziej na południe. Usiedli na rozpulchnionej, zimnej ziemi, przygotowali keraunety, pan Berbelek przeczyścił szkła lornety, Abel otworzył butelkę „gorzkiego złota”, poczęstował ojca i siostrę, Alitea zrzuciła kapelusz na plecy… Potem już tylko bezruch i milczenie, nie pozostało im nic więcej do zrobienia, nic do powiedzenia. Czekali na wschód Słońca.
Żeby to milczenie było wymuszone, sztuczne, jakoś niezręczne; ale nie, należało do formy chwili, i była to dobra forma. Pan Berbelek zapamiętał delikatny szept liści aer-figowca nad głową, trzeszczenie jego korzeni, pojedyncze, głośne pierdnięcie humija, zapach ziemi, smak zimnej wilgoci, gdy zerwał i wsunął do ust złote źdźbło, monumentalną ciemność afrykańskiego nieba — i bliską obecność czekających spokojnie syna i córki, ich obecność, jak jeszcze jeden kolor, dźwięk, zapach, a przecież nie kolor, nie dźwięk i nie zapach, tym niemniej bezpośrednie doświadczenie zmysłowe: Abel, Alitea — tu i tu, pod skrzydłami mojego anthosu.
Na linii widnokręgu po lewej ręce pana Berbeleka wybuchło czerwone światło. Najpierw pozioma linia krwi, potem zaciek różu, wchodzący coraz wyżej na gwiazdoskłon i gaszący kolejne konstelacje, nareszcie pozioma fala ognia, od której cała sawanna zatrzęsła się i zachwiała, pękając z trzaskiem na dwa: jasność i cień. Nagle wszystko broczyło cieniami; myśliwi pod aer-figowcem znaleźli się w cieniu najgłębszym. Trwożliwy szum przeszedł po równinie, zerwał się wiatr, drzewa zadrżały. Z grobu podnosił się bóg. Pierwszy krok; drugi krok; trzeci krok; głowa wzniesiona. Zniknęła ostatnia gwiazda, ciemny błękit zalał niebo, ostre światło przekłuło oczy wszystkiego, co żyje i ma oczy. Wstał dzień nad Afryką.
Pan Berbelek z lornetą przy oku pochylał się do przodu między korzeniami. Abel wyciągnął do siostry rękę z butelką „gorzkiego złota”. Pokręciła głową. Ściągnęła rękawiczki, rozpięła kurtę.
Pan Berbelek odłożył lornetę i chwycił za keraunet. To był sygnał; złapali za swoje keraunety, przyklękli obok ojca.
Pojawiły się na południowym horyzoncie, odcinając się zaraz od tła jaskrawofioletową barwą. Musiały lecieć bardzo szybko, w niecałą minutę można już było rozróżnić poszczególne sylwetki. Pan Berbelek gołym okiem policzył: dwa, cztery, pięć.