Pewnego dnia Ihmet Zajdar usiekł wyjątkowo efektownego kakomorfa: humanoidalna sylwetka, gigantyczne skrzydła ćmy, aureola czarnych płomieni wokół kamiennego łba, ogon z czystego światła, kolorowej tęczy, wlokący się przez dżunglę pół stadionu za bestią. Dopiero gdy Zajdar odrąbał mu łeb i N’Zui przyciągnęli truchło do obozu, ktoś rozpoznał strzępy ubrania i żelazny amulet na nodze kakomorfa. Był to Abu Hadżan. Pan Berbelek wysłał nimroda, by poszedł po tropie bandyty i odnalazł jego towarzysza, jeśli i on wrócił zza Żółwiej — bo może akurat nie miał skrzydeł, nie potrafił przefrunąć rzeki, a posterunek przy promie o żadnych próbach powrotu zbójów przecież nie doniósł. Zajdar zjawił się o świcie, ciągnąc na długim powrozie zmorfowanego Hamisa. Hamis nie potrafił się wyprostować, chodził podpierając się rękoma. Z czoła wyrastał mu wielki, kręcony róg z pulsującego purpurowym blaskiem kryształu, najwyraźniej bardzo ciężki, gdyż kakantrop w ogóle nie unosił głowy, co najwyżej przekręcał ją w lewo, ukazując porośnięte mchem oblicze i pływające w błotnych oczodołach błędne ogniki. Cierpiał na ciągłą biegunkę, wydalając fosforyzujące muszle, pozostawiał za sobą ślad, po którym nimrod bez trudu go odnalazł. Z muszli wyłaniały się po chwili małe gnojowe ifryty; unosiły się w powietrze i krążyły wokół Hamisa niczym stado zarz. Odganiał je rogiem, potrząsając głową. Mbula Szpon wtarł w jego ciało antidotum, lecz kakantrop chyba nawet tego nie zauważył. Wszakże babiloński sofistes nie dał tak łatwo za wygraną. Przywiązawszy Hamisa do drzewa, jął go przepytywać, bijąc ryktą dla zwrócenia uwagi. Jak daleko zaszli? Czy widział miasto? Kto tam mieszka? Jak wyglądają? Co powiedzieli? Czego chcą? Czy widział miasto? Pan Berbelek przysłuchiwał się tym pytaniom z zainteresowaniem; znacznie trudniej łgać, pytając niż odpowiadając, Babilończyk zdradzał tu swoje prawdziwe intencje. Szebrek po chwili porzucił ryktę, poszedł po rukatę. Smagając zbója biczem, powtarzał swoje. Mów! Mów! N’Zui patrzyli w milczeniu. Hamis trząsł łbem, walił rogiem o pień, ognie obracały mu się w czarnych oczodołach, gnój-ifryty tańczyły wokół niego po ciasnych spiralach. Z krwawiących ust począł płynąć kakologiczny bełkot: — Miasto, miast to, miast sto, i żyją, i żyłą, w żogniu, w okropie, jak cztyłem tam i słupałem, co mi żegali, od łeba do łeba, żupaj ty mnie, jak onni wycierpali mi tu, i tu, i tu, że żjaden okrop nie podrodzi, i w głupce, w mojej głupce, co ja szumiem, nie szumiem, że trujdą, że rozkropią, żar na kłościach, tak, tak, na całym źlecie, niktor przyżyle, się wypleją, i co grobicie, źlet się okropi na drub, trup, strup, grób, chrup, chrupchruj, krój, bój, czuj, kuj, truj, żruj, żruj mnie, żuj mnie, żuj!

28 Sextilis. Podjąłem decyzję o powrocie do Marabratty. Pójdziemy dalej na zachód, gdzie Żółwia przecina otwarte sawanny i Skoliodoi otwiera się aż po horyzont. Dobrze będzie tez na jakiś czas wycofać się na płaski keros, ludzie jednak ciężko znoszą to Skrzywienie, Alitea skarżyła się na koszmary. Nie pytam, jakie.

* * *

— Rodzinne polowanie — mruknął Abel, wsiadając na swoją xewrę. — Cóż, nie miałbym nic przeciwko takiej tradycji.

Alitea zawiązała pod brodą rzemienie kapelusza. Jeszcze Słońce nie wstało, jeszcze na złotej trawie skrzył się szron, gdy czarnowłosa panna wyszła z namiotu w zapiętej pod szyję grubej kurcie, wskoczywszy na wierzchowca, nałożyła szerokoskrzydły kapelusz i naciągnęła skórzane rękawiczki. Para tropicieli N’Zui ruszyła w noc, nie czekając na rozkaz pana Berbeleka. Hieronim trącił Ulgę piętami. Za jeźdźcami truchtało tuzin Negrów, na końcu dwa obładowane sprzętem humije — polowanie może potrwać dłużej niż jeden dzień, może zanocują gdzieś na sawannie.

Reszta obozu spała, wyjechali na ciemną równinę w całkowitej ciszy, każde parsknięcie zwierzęcia rozlegało się niczym keraunetowy grzmot; oczywiście nikt nic nie mówił, formą łowów jest milczenie. Księżyc w nowiu, pozostały jedynie gwiazdy, by wskazywać, gdzie północ, gdzie południe, gdzie wschód i zachód, zachód, dokąd myśliwi zmierzają, sylwetki czarnych tropicieli wtopione w czerń największą, ten mrok przedświtu, gęsty, że aż stają zegary i myśli grzęzną pod powierzchnią jawy; zasnęliby, gdyby nie szczypiący skórę chłód.

Перейти на страницу:

Похожие книги