— Drugi z prawej, największy — rzekł.

Wszyscy mieli strzelać do tego samego; nie było pewności, czy nawet od trzech, czy od sześciu kul padnie.

Gdy zeszły nad Żółwią, szykując się do wylądowania na północnym brzegu, w łagodnym piaszczystym zakolu — jak nitnrod zapowiedział był, że uczynią, to ich wodopój — pan Berbelek podrzucił keraunet do policzka i ścisnął spust. Grzmot. Drugi grzmot, trzeci. Sięgał już po zapasowy keraunet. Ofiara miotała się tuż nad ziemią, pozostałe cztery kakomorfy wzbiły się w panice w niebo i pomknęły z powrotem na południe. Grzmot, grzmot, grzmot. Alitea rozkaszlała się od pyrosowego dymu. Abel podał jej butelkę; teraz przyjęła. N’Zui, wrzeszcząc wniebogłosy, pędzili ku Żółwiej ze wzniesionymi tarczami i kurroi. Pan Berbelek wolnym krokim podążył ich śladem, Abel i Alitea szybko go wyprzedzili.

Negrowie tańczyli wokół ciskającego się w rzecznej płyciźnie potwora, kłując go kurroi, bijąc kurrote, odskakując i znowu przyskakując; ale on nie chciał umrzeć. Miał prawie pięćdziesiąt pusów długości, musiał ważyć ponad setkę lithosów. Głowa kobiety, tułów szakala, skrzydła nietoperza, łapy (kilkanaście łap) krokodyla, małpy, pająka, geparda, ogonnie ogon, wielka kiść paproci, na grzbiecie łańcuch kwarcowych skał, na barkach szare termitiery, we włosach liany; a wszystko to pomnożone przez dziesięć i wściekle fioletowe. Kakomorf młócił wodę tak zapamiętale, że wkrótce nikt nie pozostał suchy. Zahaczył skrzydłem jednego z wojowników, posyłając go na dwadzieścia pusów w powietrze. Otworzył gigantyczne czerwone usta i zaczął jęczeć, eeuuuiiiiii, eeuuuiiiiiiiiiiii, nie dało się tego wytrzymać, gdy obrócił się na moment tyłem, pan Berbelek skoczył i dziabnął kakomorfa chaldajskim sztyletem w jedną z tylnych łap. Bestia zapewne w ogóle tego nie poczuła. Niemniej już po kilkunastu sekundach wyraźnie zwolniła i osłabła, skrzydła opadły na powierzchnię wody, umilkła, przestała wierzgać, na koniec opuściła głowę i znieruchomiała. N’Zui wyli, bijąc rytmicznie kurroi o tarcze.

Pan Berbelek wspiął się na brzeg, zdjął przemoczoną kirouffę. Słońce przytuliło się do jego pleców, westchnął, przeciągając się.

— Przekąsiłbym coś.

Przyprowadzono zwierzęta, wbito w ziemię drzewce i postawiono prymitywny namiot. Myśliwi usiedli na perskim kobiercu. Alitea, zrzuciwszy kurtę i rozpuściwszy włosy, wyciągnęła się na boku i tak po grecku raczyła się miodowymi plackami i cukrowanymi ślibłkami. Pan Berbelek i Abel obserwowali N’Zui, próbujących coraz to nowych sposobów, by wyciągnąć na brzeg gigantyczne truchło. Kilka psich kakomorfów — skrzydła szarańczy złożone wzdłuż ubłoconych boków — przyglądało się temu z drugiego brzegu, przysiadłszy na zadach i wywiesiwszy białe jak śnieg ozory. Pan Berbelek otworzył butelkę wina. Alitea zaczęła nucić coś pod nosem, dwusylabową mamrotankę, stukając do rytmu kielichem o misę z owocami. Abel się przyłączył, kląskał językiem o podniebienie. Hieronim wyjął fajkę, nabił, zapalił. Położył się na wznak, opierając głowę o jeden z palików, cybuch spoczął na piersi, grzejąc go pod sercem. Skoliotyczny motyl wleciał w strugę fajkowego dymu, zatrzepotał panicznie wszystkimi trzema skrzydełkami i spadł martwy na kobierzec. Pan Berbelek ujął owada między dwa palce, uniósł, zmrużył oczy. Przechodząc przez te skrzydełka, światło w przedziwny sposób

— Co to jest? Ej, tato, gdzie schowałeś lornetę?

Abel wstał, przyłożył do oka podane opticum, obrócił je na zachód.

Z początku wszyscy sądzili, że to wrócił któryś z pobratymców ubitego kakomorfa, lecz kształt na niebie był żółty, nie fioletowy, i posiadał ostre, proste krawędzie. Dziesięć, piętnaście stadionów? — bez wiedzy o faktycznej wielkości stworzenia trudno było określić odległość. Co dziwne, wydawało się ono wcale nie poruszać, tkwiło w tym samym punkcie na niebie, niczym przyśrubowane do błękitu.

Nabiwszy keraunety i zwoławszy sześciu wojowników, wsiedli na xewry i ruszyli wzdłuż Żółwiej Rzeki, zgodnie z biegiem jej wód i promieni Słońca. Lorneta wróciła do pana Berbeleka i to on, gdy po kilku minutach po raz kolejny przystanęli, dostrzegł długi, prosty, sięgający ziemi ogon Kakomorfa. Lecz kilka stadionów dalej już gołym okiem było widać, iż nie jest to żaden kakomorf, nie jest to w ogóle żywa istota — lecz gigantyczny latawiec, szybujący na uwięzi znikającej za pagórkiem porośniętym gęsto palmami. Równocześnie dostrzegli między palmami sylwetki ludzi i zwierząt. Słońce mieli jeźdźcy za plecami, sami pozostali niedostrzeżeni.

Перейти на страницу:

Похожие книги