Pan Berbelek rozkazał wówczas zatrzymać się, zsiadł, położył Ulgę w trawie, Abel i Alitea pociągnęli na ziemię swoje wierzchowce. Lorneta przechodziła z rąk do rąk. Kolejni bandyci? Nie wydawało się to prawdopodobne, nie tutaj, u granic Skoliodoi; no i na co byłby im ten latawiec? Najpewniej po prostu inna dżurdża. Wysłać N’Zui na zwiady? Tamci mieli swoich Negrów, akurat czarnoskórych postaci kręciło się między palmami najwięcej. Pan Berbelek widział wszakże również białych, ubranych w identyczne, ciemne spodnie i kaftany, nawet w tym upale zapięte aż po ostatni guzik wysokich kołnierzy.
Oddał lornetę Ablowi.
— Cofnijcie się dwa stadiony. Obserwujcie. Gdybym nie wrócił, jedźcie po Zajdara i esthle Amitace, zbierzcie wszystkich N’Zui.
Abel i Alitea wymienili spojrzenia.
— A jeśli —
Pan Berbelek uniósł rękę. Nic już więcej nie zostało powiedziane.
Wdział czarną kirouffę, nie zapinając jej, kaptur narzucił jednak na głowę. Szarpnął za wędzidło Ulgi, poderwał ją na nogi i wskoczył na siodło. Ruszył stępa; nie obejrzał się za siebie, by sprawdzić, czy wypełnili polecenie.
Nie odwracał wzroku od obozu pod palmami. Gdy dostrzegł w nim nagłe wzmożenie ruchu, zatrzymał xewrę. Czekał. Teoretycznie mogli go teraz zastrzelić, ale wiedział, że tego nie zrobią, zakładają bowiem, iż tylko dlatego wyjechał tak na środek międzypola niczym herold wysłany od armii do armii, że faktycznie stoi tam za nim jakaś armia, siła przynajmniej równa ich sile; taka była forma zachowania pana Berbeleka. Czekał spokojnie, od czasu do czasu poklepując Ulgę po zielonej szyi.
Dziesięć, piętnaście minut, tyle to trwało, zanim od palm wyjechał ku niemu na czerwonogrzywym siwku czarno odziany mężczyzna. Czerń do czerni — gdy spotkali się pod sięgającym zenitu Słońcem, cienie zlepiły się z miękkim mlaśnięciem. Mężczyzna miał rude włosy, gęstą brodę, szeroki nos. Jak na uczestnika dżurdży, był stanowczo zbyt blady, jakby przez cały czas krył się pod namiotem lub na wozie. Wieku średniego, wyprostowane plecy, amulet z krzyżem na piersi — kristjanin. Po morfie sądząc, urodzony w Herdonie. Nie aristokrata, lecz zdecydowanie wyższe warstwy.
Zajechał xewrę z lewej.
Pan Berbelek zrzucił kaptur.
— Esthlos Hieronim Berbelek — rzekł, unosząc na powitanie dłoń, pierścień Szarańczy błysnął w słońcu.
Herdończyk skłonił się w siodle.
— Teofil Agusto, Białe Jeruzalem, sofistes Królewskiej Akademei Nowego Rzymu.
Pan Berbelek wskazał na niebo za sofistesem.
— Wzięliśmy to za kakomorfa — powiedział, czym prędzej używając liczby mnogiej. — Dopiero co ustrzeliliśmy jednego. Czy to jest przynęta?
Agusto obejrzał się przez ramię, jakby sam zaskoczony widokiem latawca.
— Nie. Prowadzisz dżurdżę, esthlos? My nie polujemy. Jeśli, rzecz jasna, nie jest to konieczne.
— Więc?
— Ach. Chcemy zajrzeć jak najdalej w Skrzywienie. Pan Berbelek ponownie uniósł wzrok na latawiec. — Przymocowaliście do tego człowieka?
— Tak, doulosa obdarzonego wyjątkowo dobrym wzrokiem.
— I w jaki sposób przekazuje wam informacje?
— Opowie wszystko, gdy go ściągniemy. Poza tym rysuje tam teraz mapę.
— Mapa może ocaleje.
— Wszystko dokładnie opracowaliśmy, esthlos. Latawiec jest skonstruowany z drewna aerowców, może widziałeś je, krążą tu zagajnikami po równinie…
Tak.
— Więc nie potrzebuje wiatru, by się utrzymać w górze. Cała sztuka polega na uniknięciu nagłego podmuchu w momencie ściągania i wypuszczania latawca. Ale mamy wśród nas dwóch demiurgosów meteo.
— Nie prościej byłoby posłużyć się świnią powietrzną?
— Otrzymaliśmy od króla Gustawa obietnicę, że sfinansuje ubezpieczenie lub zakup aerostatu, jeśli ta ekspedycja przyniesie konkretne rezultaty. Wylądowaliśmy na Wybrzeżu Zębów dwa miesiące temu i posuwamy się na wschód wzdłuż Żółwiej Rzeki. Jeśli posiadasz jakiekolwiek informacje o ziemiach leżących na południe od rzeki i naturze ich kakomorfii, bylibyśmy niezwykle wdzięczni, esthlos, gdybyś się nimi podzielił.
— Dlaczego sami tam nie wejdziecie?
Sofistes zamrugał zdumiony.
— Raczysz żartować, esthlos.
— Czy ja żartuję?
— To jest chora kraina. Nie odważyłbym się wejść ani na kilka kroków w głąb Skrzywienia. Nawet nie nocujemy w pobliżu rzeki, wracamy co wieczór do wozów na północ.
Pan Berbelek wykonał lewą ręką gest o niejasnym znaczeniu, złapał i wypuścił powietrze.
— Jeśli jesteś wystarczająco silny… Tu zresztą jest bezpiecznie, otwarty teren, możesz szybko pokonać wiele stadionów, a i Skrzywienie nie posiada aż takiego oparcia w przyrodzie, co dalej na wschodzie, tam, w dżungli. Ale nawet w dżunglę możesz spokojnie wejść na dziesięć stadionów.
Sofistes milczał przez dłuższą chwilę.
— Wszedłeś, esthlos — szepnął wreszcie, nie patrząc na pana Berbeleka.
— Ja i inni.
— Czy ty w ogóle wiesz, co to jest?
— Wy wiecie?
— Nie. Ale obawiamy się najgorszego. Król Gustaw posłał nas, ponieważ sam kratistos Anaxegiros jest zaniepokojony.
— I to najgorsze — co to takiego?
Teofil Agusto spojrzał panu Berbelekowi prosto w oczy.