— Co sprawia, że świat jest, jaki jest? Co czyni kamienie kamieniami, wodę wodą, konia koniem, człowieka człowiekiem? Forma, Forma, która organizuje Materię do konkretnych Substancji. Gdyby nie morfa, istniałoby tylko jednorodne błoto nieurobionej hile, nieskończone bagno nieskończonego wszechświata. Gdzie wszakże zapisana jest potencja danej Substancji, zanim w ogóle stanie się ona Substancją? Co zmienić musi teknites ciała, gdy zmienia Formę łysego na Formę kędzierzawego bruneta, raz tylko objąwszy owego człowieka swym anthosem? W czym zawierają się te siły, które formują Formy? Nazywamy ów domyślny poziom rzeczywistości kerosem, woskiem, ponieważ każda morfa odciska się w nim jak pieczęć, lecz żadna na stałe i żadna nie potrafi zmienić natury samego kerosu. Co jednak by się stało, gdyby keros został zniszczony? Czy potrafisz to sobie wyobrazić, esthlos? To nie byłby nawet koniec świata; koniec świata też posiada swoją Formę. Tego w ogóle nie sposób sobie wyobrazić, bo to jest śmierć wszelkiej Formy. Czy rozumiesz, co ryzykujesz, wchodząc do Skoliodoi? Nie zdrowie, nie życie, nie ciało, nie duszę. To wszystko możesz stracić, a mimo to pozostać esthlosem Berbelekiem: chorym, martwym, bezcielesnym, bezdusznym. Lecz gdy pęknie twój keros… Nie będzie można wypowiedzieć w zgodzie z prawdą żadnego twierdzenia o Hieronimie Berbeleku, nawet tego, że nie ma już Hieronima Berbeleka.

* * *

Abel obudził się tego ranka z przeczuciem cudu wypełniającym wspomnienia późnonocnych snów. Gorąca energia płynęła jego żyłami, nie krew, lecz strumyki małych piorunów, łaskoczących od wewnątrz mięśnie i skórę. Dzisiaj poprowadzi polowanie, dzisiaj wyruszy, dzisiaj się zdecyduje!

Ogolił się pośpiesznie nad strumieniem (to właśnie w czasie dżurdży pojawił się na jego twarzy pierwszy zarost, a że żaden teknites ciała nie wymorfował mu dotąd skóry ku wiecznej gładkości, musiał szybko opanować obcą aristokratom sztukę operowania ostrą klingą na własnym gardle). Wrócił do swego namiotu i wdział skórzane szalwary, wysokie jugry, zawinął trouffę wokół głowy. Zapiął jeszcze przy pasie gocki kandżar, wziął głębszy oddech i wyszedł przed namiot.

— Papugiec!

Wiedział, że nikt go nie powstrzyma: Zajdar nie wrócił z polowania z Markiem, Justyną i Klaudią Weroniuszami, ojciec zniknął na kilka dni wraz z Szulimą, Liwiusz odsypiał nocny wypad za Żółwią. Esthlos Ap Rek i Gauer Szebrek co najwyżej pomarudzą chwilę i pokiwają ostrzegawczo palcami.

— Tuzin wojowników, trzy humije, zapasy na pięć dni, już, już, już! — warknął na Papugca, ledwo ten przybiegł od wozów.

Byle czym prędzej opuścić obóz, kalkulował sobie Abel; potem będę już jedynym białym, a ponieważ nie ma N’Te, utrzymanie posłuchu nie powinno sprawić kłopotu. Wziąć ze sobą tłumacza? Nie, umowa jest, że on zawsze zostaje w obozie; potem mogą mieć pretensje, że z mojego powodu

— A ty gdzie się znowu wybierasz?

— Alitea!

— Oj, dajże spokój, nie będziesz mi chyba robiła problemów — co, pojedziesz poskarżyć ojcu?

Ale siostra, jeszcze cała mokra po porannej kąpieli, zawinąwszy jedynie wokół bioder lekką bawełnianą burdę i wykręcając ponad ramieniem długie włosy, spoglądała na Abla w milczeniu, z ironicznym uśmiechem na ustach, lewa brew lekko uniesiona — i już wiedział, że nie złamie tej formy.

— Dobrze — westchnął. — Ale masz tylko kwadrans, pogoń Antona. Ubierasz się i wskakujesz na xewrę.

Cmoknęła go w policzek i pobiegła do swojego namiotu.

Spojrzał za nią, biegnącą — biały materiał kleił się do jej mokrych nóg, potknęła się o jakiś kamień, wymachując rękoma i krzycząc na sługę zniknęła za ścianą namiotu — i na sekundę oślepiła go wizja bliskiej przyszłości: Alitea z oczyma rozszerzonymi strachem, Alitea, której nie mogę pomóc, Alitea rozszarpana przez kakomorfa, ofiara mojej bezsilności, oto przywożę do obozu jej zmasakrowane ciało i kładę je przed ojcem. Gorąca krew uderzyła mu do głowy, musiał głową potrząsnąć, niczym ogłuszony byk. Nie, nie, nie zdarzy się. Zresztą i tak nie ma odwrotu, ona mnie nie posłucha.

O czym ja w ogóle myślę? Takie rozważania to modlitwa o klęskę.

Wyjechali o czasie, nie musiał czekać na siostrę. Obyło się bez dramatycznych zmagań woli, na jakie się w duchu gotował. Machnął ręką, wskazał kierunek — i ruszyli bez słowa. Nikt się nie dziwił, nikt o nic nie pytał; ot, kolejne polowanie. Było to oczywiście zwycięstwo największe, tryumf narzuconej formy tak bezdyskusyjny, że nawet przez nikogo nie zauważony — niemniej Abel czuł jakiś niedosyt.

Od razu skręcili ku Żółwiej, ku brodowi. Po godzinie byli już na sawannie Skoliodoi, źdźbła Skrzywionej trawy sięgały powyżej piersi xewry, N’Zui ginęli w nich prawie całkowicie.

Abel przemyślnie zabrał ze sobą bambusową ryktę — teraz trącił nią bark najbliższego Negra i wskazał na południe, unosząc lewą rękę z wyprostowanymi czterema palcami. N’Zui wymienili kilka skrzekliwych okrzyków i czwórka zwiadowców pomknęła w głąb Krzywych Krain — już po chwili dostrzegalni jedynie jako krótkie fale na powierzchni morza traw.

Перейти на страницу:

Похожие книги