Alitea poprawiła kapelusz. Zmrużywszy oczy, spojrzała na niebo.

— Te chmury, które przychodzą znad Skoliodoi… Myślisz, że znowu będzie padać?

Tydzień temu spadł na północną sawannę skoliotyczny deszcz — wypłukiwał włosy ze skóry, oczy z oczodołów, kąty proste z drewnianych i kamiennych przedmiotów, biel ze wszystkiego, co białe — a Alitea i Klaudia nie zdążyły osłonić przed nim klatek z kakorneonami, w efekcie jedna trzecia pochwyconych cud-ptaków zdechła. Abel był ciekaw, jak zniósł deszcz Skrzywiony Hamis. Ojciec przekazał go herdońskim sofistesom — gdy okazało się, że kakantrop nie wraca z czasem do człowieczej Formy, nie było sensu dłużej go trzymać. Mimo wszystko Abel znajdował tę decyzję w pewnym sensie nieuczciwą — „przecież to nasz więzień!” — nie potrafił jednak wskazać, wobec kogo nieuczciwą.

— Widziałaś Zenona? Pożyczyłem mu wczoraj swoje kopie map; dzisiaj polazł gdzieś jeszcze przed świtem.

Alitea wzruszyła ramionami. Pochyliła się nad karkiem xewry, w prawej dłoni podsuwając zwierzęciu pod pysk palone miodowniki.

— A niby dlaczego miałabym wiedzieć, gdzie on się plącze?

— Ha, nie odgrywaj mi tu grzecznej dziewczynki! — zaśmiał się Abel. — Śliczny aresik po drugiej stronie Afryki, więc dalejże —

— Świnia.

— Dziwka.

— Zarzojad zasrany.

— Szlejwa.

Splunęła na niego; on strącił jej ryktą kapelusz z głowy, złapała w ostatniej chwili.

— Podsłuchałam ich — powiedziała po chwili.

— Kogo?

— Noo, ojca i Szulimę. Kiedy to… w Dzień Jowisza. Pamiętasz, tańczyli wtedy do bębnów N’Zui. No i słyszałam ich rozmowę w jej namiocie. Przeszli na ocki i nie wszystko pojęłam… Ale brzmiało to tak, jakby ona chciała go wynająć. Pytał się o cenę. Ona się śmiała, ale to było serio, wiem.

— Wynająć? Do czego?

— Jako strategosa.

Abel spojrzał na nią zdumiony.

— Coś poplątałaś. Jaką to niby armią miałby dowodzić?

— Słyszałam. — Alitea zacisnęła wargi. — I on też się o to pytał. A ona: „Największą”. I śmiała się. Ale to było serio, wiem, znam ją.

— Poplątałaś — powtórzył. — Co to znaczy „największą”? Przekomarzali się, a ty —

Ryk i rozmazana plama czerwieni, nie kształt nawet, jedynie wrażenie koloru i ruchu, Abel nie zdążył obrócić głowy — to wypadło spomiędzy złotych traw z kamiennego przyczajenia, uwolniona sprężyna, w przód i wzwyż, prosto na Aliteę — rrrraaargr! Xewra dziewczyny wierzgnęła z kwikiem, próbując zarazem odskoczyć i obrócić się do napastnika zadem — nie udało się jej, ale przynajmniej strąciła z siodła Aliteę i kakomorf spadł na pusty grzbiet wierzchowca. Teraz na ułamek sekundy zamarł, Abel skupił na nim wzrok — co to jest? co za Forma? gdzie ma głowę, gdzie tułów, z czego zbudowane? Tamten zamarł, by wczepić się mocniej w xewrę: albo już wcześniej miał te łapy, albo właśnie je wykształcił, albo miał te szpony, albo właśnie mu wyrosły, czerwone haki rogowej tkanki, trrrrrraktch! — w boki miotającej się bezsilnie i rżącej przeraźliwie xewry, pod żebra, w głąb, kolczasta czerwień miażdży kości, wnętrzności, kręgosłup wierzchowca, który pada na ziemię przełamany w pół, tryskają naokoło fontanny krwi i strzępy mięsa. Abel dostał w twarz twardą chrząstką, to dopiero go otrzeźwiło. Gdzie Alitea? Nie widział jej. Wrzasnął na N’Zui, nawet nie słowo — beztreściowy okrzyk bojowy, pusta forma agresji. Sam wyszarpnął keraunet i strzelił niemal z przyłożenia, wylot długiej lufy nie dzieliło od czerwonego kłębowiska więcej jak pół pusu. Grzmot zwrócił uwagę kakomorfa. Znowu nastąpił moment jego bezruchu, po czym — tsztrrrr, wystrzeliwują z wnętrza gładkiego kształtu czerwone stalagmity: strupygrzebienie, strupyzęby, strupyigły, strupyrogi, strupyostrza. Zaraz skoczy na mnie, pomyślał Abel, zabije. Szarpnął głową, złapał za kandżar. Nie zabije! Szacunek dla esthlosa Abla Berbeleka! Syna Hieronima! Kurroi wpadały w potwora i wypadały z niego, czerwone ciało zasklepiało się bez śladu niczym ledwie zmącona powierzchnia jeziora. Już wiem, co to za kakomorf, pomyślał Abel, wiem: Krew. Krew w Formie drapieżcy. Kakomorf ryknął po raz drugi i skoczył na Abla, dwa tuziny strupów najeżone na jednego człowieka. Abel kopnął xewrę piętami, zacisnął dłoń na łbie żelaznej kobry. Zdążył jeszcze ujrzeć powstającą za kakomorfem Aliteę i czarną strunę jej rukaty zawijającą się dwakroć wokół czerwonego cielska, tnącą powierzchnię Krwi — wzniósł kandżar, zakrzywione ostrze błysnęło w słońcu — zanim wielki rógstrup wszedł w jego ciało, tępy pal bólu, rozszarpując jelita, rozsadzając miednicę, zanim runęła na Abla rycząca Krew, ciężka masa płynnej zgnilizny — a wbić w nią kandżar, raz, raz, raz! — póki ręka posłuszna woli, póki światło w oczach, póki oddech w piersi, póki jeszcze słyszy ten ryk — rrrrraaaaaaaaaargr!

Esthlos Abel Latek padł w Skoliodoi, w Krzywych Krainach za Żółwią Rzeką, 17 Septembrisa 1194 PUR. Szesnaście lat, drugie wyzwanie. Szacunek!

<p>Κ</p><p>Jak ojciec</p>

18 Septembris

Перейти на страницу:

Похожие книги