Fendor Kawe Lahar. Ten sam, którego czary zniszczyły wiele naszych wozów w czasie
Krwawego Marszu. Orne ma z nim do pogadania.
To nie wyglądało na zwykłe działania opóźniające, raczej na szykowanie się do dość
poważnej bitwy.
– Będziecie chcieli trzymać ich z dala od rampy?
– To oczywiste. Podjąłeś decyzję, co z rannymi?
– Tak. Wolę, żebyście wysłali ich na tyły. Jak zacznie się walka, będziecie mieli dość
problemów z własnymi.
– Dobrze.
Żaden z nich nawet nie spojrzał na przestępującego niecierpliwie z nogi na nogę Szczura.
Najwyraźniej And’ewers miał takie samo zdanie o Wywiadzie Wewnętrznym, jak większość
żołnierzy Górskiej Straży, bo Kenneth był gotów przysiąc, że na dnie jego oczu pojawia się
błysk rozbawienia.
– Potrzebujecie czegoś? Żywności? Leków? Ubrań? Broni? Porucznik wskazał na stosy
prezentów otaczające obozowisko.
– Raczej nie. I tak nie damy rady zabrać tego wszystkiego, więc dobrze by było, by nie
przynoszono tu więcej rzeczy.
Kowal pokręcił głową.
– Straciliśmy w nocy prawie trzystu ludzi. A wy zabiliście połowę koczowników,
mszcząc śmierć wielu z nich...
Kenneth żachnął się gniewnie.
– Nie chodziło nam o zemstę.
– Wiem. Lecz nie musieliście oznajmiać swojej obecności w ten sposób. – And’ewers
wskazał na wbitą pośrodku obozu lancę, na której wciąż pobrzękiwały trzy se-kohlandzkie
hełmy. – Gdybyście nie ściągnęli na siebie uwagi, zginęłoby więcej naszych. Więc
przychodzą rodziny tych, którzy zginęli, i tych, którzy przeżyli. Nie mogę im tego zabronić.
Porucznik westchnął.
– Nie zabierzemy wszystkiego. Nie damy rady.
– Nie zmarnują się i nikt się nie obrazi. – Ciemne oblicze kowala rozjaśniło coś na kształt
uśmiechu. – Jesteśmy wędrowcami, którzy rozumieją, że nadmiar może być kłopotem, lecz
ważniejsze jest obdarowanie, a nie to, co obdarowany zrobi z prezentem. Jesteśmy też ludźmi
praktycznymi. Rzeczy, których nie weźmiecie, trafią do wspólnego skarbca. Więc naprawdę
niczego nie potrzebujecie?
– Kilku moich ludzi zainteresowało się waszymi nożami. – Kenneth wskazał na rękojeść
nie tych zabawek w złoconych pochwach.
– Powiem o tym. Kiedy chcecie wyruszyć?
– Po południu. Jak tylko przygotujemy wszystkich do drogi.
Minęła chwila, nim Wozak zrozumiał.
– Powinni być pochowani w górach?
– Owszem. Źle by się czuli w takim płaskim miejscu. – Kenneth machnął ręką na wschód.
– Nigdzie nie można oka zawiesić.
Uśmiechnęli się ze zrozumieniem. Wreszcie And’ewers spojrzał wymownie na stojącego
dobrych dziesięć kroków dalej Szczura.
– Twierdzi, że nazywa się Semner-loa-Wajes. Mówi, że jest czarodziejem na usługach
Szczurów. Przyszedł do nas kilka kwadransów temu i od razu zażądał kontaktu z wami.
Kazałem mu czekać.
– Dlaczego?
– Podobno wyskoczył z portalu dokładnie nad jakimś strumieniem i się skąpał, czary,
które chronią obóz, tak działają. I tak miał szczęście, że nie wyrzuciło go nad przepaścią i nie
skręcił karku. Musiałem się upewnić, czy mówi prawdę. No i wy wyglądaliście na zajętych.
– Rozumiem. Pogadam z nim.
And’ewers kiwnął głową i razem z synem ruszył w stronę rampy, na której szczycie
pojawiły się pierwsze rydwany. Ledwo kowal oddalił się na kilka kroków, Szczur dopadł
Kennetha i zaszczękał:
– Cholerrrrny syn górskiej oślicy i parrrrszywego kozła. Powiedział, że jeśli odezwę się
do wwwas, zanim on skończy rozzzzmawiać, to zgodnie z jakimś barbarzyńskim zwyczajem
położy mmmnie na ziemi i przetoczy mi pppo po głowie wwwyładowany wóz.
Oficer zmierzył go wzrokiem, przemoczone ubranie, jasne włosy lepiące się do głowy,
sine wargi, dygot zębów. O tej porze roku woda w górskich strumieniach była szczególnie
zimna.
– Porucznik Kenneth-lyw-Darawyt. – Nie miał ochoty wysłuchiwać utyskiwań szpiega. –
Masz dla nas rozkazy?
Posłaniec się skrzywił, otarł mokrym rękawem mokre czoło, zatrząsł się, a Kenneth
poczuł, jak opuszcza go złość. Ten Szczur był młody, wyglądał na kogoś w jego wieku, i w
zasadzie to nie była jego wina, że był Szczurem. Jeśli czarodziej zostawał posłańcem na
usługach Wywiadu Wewnętrznego, to znaczyło tylko, że jego aspekt nie nadawał się do zbyt
wielu rzeczy. Czasem los bywał złośliwy, jeśli chodziło o dobór talentów.
– Mam. Zzzaraz...
– Racja. Zaraz. Andan! Dorzuć drewna do tamtego ogniska. I daj jakiś koc. A ty za mną.
Ściągaj mokre rzeczy, ogrzej się, jeszcze chwila, a z zimna nie przypomnisz sobie nie tylko,
jakie masz dla nas rozkazy, ale i jak się nazywasz. Szybciej.
Szczur rozebrał się do naga, owinął kocem i przyjął kubek z grzanym winem. Cały czas
milczał, co nie było dobrym znakiem.
Kenneth przykucnął po drugiej stronie ognia.
– Usiądź. Zaraz się rozgrzejesz. I wybacz And’ewersowi. Ma na głowie kilka innych
rzeczy.
– Widziałem – bez szczęku zębów głos Szczura brzmiał lepiej. – Wy też?
– My też.