ranionych zwierząt wybuchł nad polem walki, na chwilę zagłuszając wszelkie inne odgłosy.

A strażnicy wpadli między wierzchowce, ściągali jeźdźców z siodeł, rozwalali głowy, dźgali,

cięli i kłuli. W mniej niż dziesięć uderzeń serca było po wszystkim.

Kenneth wytarł twarz z krwi.

– Malawe, Patyk, Dewres i wy, na lewo – rzucił. – Reszta za mną.

Ruszyli wzdłuż linii wozów, atakując po kolei resztę koczowników i odwracając sytuację.

Ponad połowa konnych już nie żyła lub była ranna, a większość jego żołnierzy wciąż stała na

nogach. Poza tym strażnicy skupili się już, a grupa, którą zebrał Kenneth, parła bezlitośnie

naprzód i zabijała Se-kohlandczyków i ich konie. Jednego po drugim.

Gdzieś brzęknęła kusza, potem druga i kolejnych dwóch jeźdźców wyleciało z siodeł.

Kenneth obejrzał się, Fenlo Nur zebrał kilku ludzi i właśnie napinali broń. Trochę

niepotrzebnie, bo ostatnich trzech koczowników zeskoczyło na ziemię, smyrgnęło pod

wozami i znikło w ciemności.

Przez chwilę wszyscy tkwili bez ruchu, ściskając w dłoniach lepiącą się od krwi broń.

Stojący obok Kennetha Patyk oparł tarczę o ziemię, pochylił się, otarł twarz rękawem,

rozmazując krew i pot, a minę miał taką, jakby chciał się rozpłakać. Kenneth potrzebował

chwili, by przypomnieć sobie, jak Patyk ma naprawdę na imię.

– Dobra robota, Aers – powiedział głośno.

Dla młodego żołnierza była to pierwsza poważna bitwa. Pierwsza, w której widział

śmierć tylu przyjaciół i towarzyszy broni. Bo na nogach pozostało jakichś piętnastu

strażników. Kilku jeszcze podnosiło się powoli i widać było, że są mniej lub bardziej ranni.

Co najmniej dziesięciu leżało bez ruchu.

Kenneth obejrzał się, słysząc tętent. Nadchodziła reszta podjazdu.

Jeźdźcy byli jakieś sto kroków od nich, galopowali wąską linią, by utrudnić życie

kusznikom, ale rozpuszczali już konie, gotowi wpaść w krąg wozów i dokończyć dzieła.

– Pod wozy!

W chwili, gdy Kenneth rzucił rozkaz, koczownicy dostali salwę w bok. Oddział zwinął

się jak wąż przyszpilony strzałą, spróbował zawrócić, by stawić czoła niebezpieczeństwu, ale

było za późno. Bo w jego linię wbiła się kolumna rydwanów.

Górska Straż była pierwszy raz świadkiem takiego starcia. Rydwany przeciw konnicy.

Być może w dzień, w pełnym świetle, gdy obie grupy widziałyby się z daleka, przewaga

byłaby po stronie Se-kohlandczyków. Ale teraz rydwany okazały się zabójczo skuteczne.

Każdy ciągnęła para koni okrytych pikowanymi pancerzami, każdy miał dwuosobową

załogę – woźnicę i łucznika – chronioną przez wysokie burty, i każdy był prawdziwą machiną

wojenną. Strzelcy szyli do konnych, a woźnice, kierując jedną ręką, drugą ciskali krótkie

dziryty. Przygotowani do szarży na pieszych koczownicy, bez łuków w rękach, dali się

zaskoczyć.

Klin rydwanów przeciął ich kolumnę w pół, rozdzielił się z imponującą precyzją na dwie

części i zawrócił. W tym starciu wygrywała masa i siła, podwójny zaprzęg był w stanie

przewrócić i stratować wrogiego wierzchowca, strzały i dziryty zbierały obfite żniwo wśród

jeźdźców i w kilka chwil zwarty oddział jazdy rozpadł się na pojedyncze grupki, walczące o

przetrwanie.

Nagle z drugiego końca pola walki dobiegł ryk:

– Szósta! Szósta! Szósta!

I między konnymi i rydwanami pojawiły się sylwetki pieszych, doskakujące i tnące konie

po pęcinach, ściągające jeźdźców na dół, szyjące z kusz. To był ostatni impuls, koczownicy

zaczęli zawracać konie i uciekać w stronę równiny. Fenlo Nur stanął obok dowódcy,

odchrząknął, splunął na ziemię.

– Nareszcie się zebrali – wycharczał.

– Pewnie coś ich zatrzymało, noc taka piękna, niektórzy woleliby pewnie pooglądać

gwiazdy. – Kenneth starał się nie pokazać, jaką odczuł ulgę. Przez chwilę bał się, że garstka

przy nim to wszystko, co zostało z kompanii. – Kłopoty z gardłem?

– Jeden suczy syn trafił mnie łokciem w szyję.

– Coś osobistego?

– Nie powiedział. Może chodziło o to, że wbijałem mu kord w brzuch.

– Takie coś potrafi sprawić, że człowiek zapomina o manierach.

– Właśnie.

Nur spojrzał mu w oczy i Kenneth poczuł chłód, to znów był ten spokojny, zimny wzrok

mordercy. Z pewnością nie został jego ulubionym porucznikiem.

– To było dobre. – Młodszy dziesiętnik odezwał się pierwszy.

– Co?

– Dowodzenie. Zebrałeś ludzi, pokazałeś im, że nie są sami, poprowadziłeś do walki.

Gdybyśmy mieli gorszego dowódcę, nikt nie zostałby żywy. Będą długo opowiadać sobie o

tym, jak powaliłeś konia ciosem tarczy.

Cholera, a może jednak?

– Nur.

– Tak jest.

– Za odezwanie się na ty do dowódcy trzymasz podwójne warty przez najbliższe trzy

noce. A teraz zajmij się rannymi.

– Tak jest!

Dziesiętnik stanął na baczność i zasalutował. Bez żadnego złośliwego grymasu na ustach.

Dopiero po chwili do Kennetha dotarło, co właściwie usłyszał. Nur widział, jak

znokautował konia, i widział, jak zbierał ludzi, formując na powrót oddział. Czyli go

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги