zamku, tym bardziej ich wędrówka stawała się chaotyczna. Przez ostatnią godzinę wędrowały
na północ, zamiast na północny wschód, w pewnej chwili nawet zawróciły w stronę, z której
przyjechały. To nie wróżyło dobrze.
Kailean odwróciła się w siodle i spojrzała na arystokratkę, która siedziała ze spuszczoną
głową.
– Gdzie teraz?
Blada ręka uniosła się, wskazując północ. Nadal północ.
– Jeszcze z pół mili i będziemy musiały się zatrzymać. Nie zaryzykuję nocnej wędrówki
po tym lesie.
– Ścieżka – ochrypły szept był ledwo zrozumiały. – Na lewo.
Kailean podjechała we wskazanym kierunku. Rzeczywiście, kilkanaście kroków dalej
drzewa jakby się przerzedzały, a między pożółkłymi, zeszłorocznymi paprociami wiła się
wąska ścieżka.
– Jak daleko nas zaprowadzi? Konie potrzebują odpoczynku.
– Milę. Potem szałas smolarzy.
Zagłębiły się w las. Najpierw Kailean, za nią Laiwa, kolumnę zamykała Daghena.
Ależ z nas dziwna trójka, pomyślała Kailean. Trzy różne konie, trzy różne rzędy, trzy
różne kobiety. Ledwo uzbrojone, niemające żadnego wyposażenia ani zapasów, wędrujące tuż
przed nocą dzikim lasem. Pięknie. Gdyby Laskolnyk wiedział, że tak to się skończy, skopałby
nam tyłki.
Lecz w końcu z zamku zabrały tylko to, co najcenniejsze, własne głowy na karku, cała
reszta – zwierzęta i ekwipunek – to już była sprawa drugorzędna i dzieło przypadku. Więc
teraz jechała na małym górskim koniku, długowłosym i długogrzywym, siedząc w siodle
przeznaczonym na znacznie większe zwierzę. Mimo zapięcia popręgu na ostatnią dziurkę
miała nieprzyjemne wrażenie, że zaraz okręci się i zawiśnie głową w dół. Ich przewodniczka
dosiadała szerokogrzbietego, ciężkiego konia pociągowego, który całe życie służył przy
wozie i w którego przypadku chyba tylko wrodzona flegma sprawiała, że nie wierzgał i nie
próbował zrzucić jeźdźca. Damskie siodło założone na grzbiet musiało go wprawiać w
nieliche zakłopotanie. Najlepiej prezentowała się Dag. Podarowany jej przez Aeryha
wierzchowiec szlachetnej krwi wyglądał znakomicie, a stylizowany na wojskowy rząd
nadawał mu dumny i bojowy wygląd.
Przynajmniej na razie. Kailean oceniała, że z trójki ich koni ten odpadnie pierwszy. Był
stworzony do wyścigów, szarż na wroga, paradowania z grzywą zaplecioną w warkoczyki i
przewiązaną aksamitem. Wędrówka po górskich wertepach złamie go wcześniej niż konia
roboczego czy jej kuca, który w końcu po to się urodził.
Pochyliła się w siodle.
– Uwaga, gałąź.
I tak miały szczęście, że wyrwały ze stajni te trzy zwierzęta. Z chaosu, rzezi i krwi.
Jak oceniała, po trwającej pół nocy i cały dzień wędrówce oddaliły się od zamku o dobre
czterdzieści mil, może trochę więcej. Zostawiły za sobą śmierć i szaleństwo, trupy na murach
i dziedzińcu, dziwaczną Moc szalejącą po korytarzach, cienie skaczące po ścianach. I Sainhę
Gemhel, która przeciwstawiła napastnikom własne umiejętności i która osłaniała ich
ucieczkę, krzycząc:
– Zabierzcie panienkę! Zabierzcie ją do
Gdyby nie zaatakowano ich wtedy, wszystko mogło się potoczyć inaczej. Być może
napastnicy skierowali się ku jedynemu oknu, w którym płonęło światło, a może przyciągnęła
ich Moc zgromadzona w tej komnacie, nieważne. Ważne, że nagle szyba rozprysła się na
kawałki, wlatując do środka razem z większością futryny, w następnej chwili przeciąg
zdmuchnął świece i w ciemnościach nie były już same.
Przez dziurę po oknie wpadło ich dwóch, bogowie wiedzą, jakim cudem wspięli się po
murze, i od razu rzucili się na służącą. Gdyby nie Berdeth, z którym była połączona, Kailean
najpewniej zobaczyłaby tylko rozmazane cienie, bo intruzi przebyli odległość od okna do
Sainhy szybciej, niż wydawało się to możliwe. Dopiero później, wspominając to, co zaszło,
stwierdziła, że oni wcale nie poruszali się z jakąś niedostępną dla zwykłych śmiertelników
prędkością, lecz najwyraźniej ciągnęli za sobą mgliste smugi, jakby ich ciała parowały,
zostawiając w powietrzu cieniste powidoki. Moc Sainhy wyskoczyła im naprzeciw, oplotła
się wokół, zgęstniała. To ich spowolniło na tyle, żeby rozpoznać szczegóły, szare stroje, szare
kaptury, długie, wąskie ostrza w rękach. Uderzyli w osłonę służącej w chwili, gdy Kailean i
Daghena włączyły się do gry.
Do licha, do tej pory, gdy o tym myślała, próbowała znaleźć jakieś sensowne wyjaśnienie,
ale najbliższe prawdy było to, że kierował nimi instynkt. W atakujących było coś
nieludzkiego, jakaś rysa, skaza w ruchach, w sposobie ułożenia ciała, coś, co wrzeszczało
„niebezpieczeństwo”. W krzyku, który usłyszały chwilę przed atakiem, czaiła się śmierć.
Napastnicy przełamywali obronę Sainhy, a smugi jasnych czarów przegryzały się przez
jej ciemne pasma jak rozżarzone węgle przez blok lodu. Szare klingi dzieliło już tylko kilka
stóp od jej gardła.
Kailean sięgnęła po siłę i szybkość Berdetha, a on poddał się jej bez sprzeciwu.