Zeskoczyła ze stolika, złapała za blat, zakręciła się na pięcie i rzuciła meblem w najbliższego

napastnika. Stolik ważył jakieś pięćdziesiąt funtów i uderzył mężczyznę w plecy z taką siłą,

że ten zrobił dwa kroki do przodu i padł na kolana, a otaczające go jasne pasma przygasły,

natychmiast pochłonięte przez ciemność.

Zasyczał – Kailean do tej pory miała ciarki na grzbiecie, wspominając ten odgłos – i

próbował się podnieść. A wtedy drugiego z atakujących obsypała garść paciorków.

Daghena zerwała rzemień jednego ze swoich wisiorków, zsunęła kamyki i muszelki na

dłoń i cisnęła nimi przed siebie. Zabójca zatańczył, jakby nagle zaatakował go rój szerszeni.

Zamiast spaść na ziemię, paciorki przykleiły się do niego, wgryzły w ubranie i ciało, swąd

palonego mięsa wypełnił komnatę. Mężczyzna szarpnął się, próbując zerwać je z siebie,

okręcił wokół i wtedy Dag doskoczyła i dwa razy walnęła go w głowę lusterkiem w srebrnej

oprawie.

Besara miała rację, w toaletce damy znajdowało się mnóstwo przydatnych do obrony

przedmiotów.

Drugi z napastników zasyczał raz jeszcze, a potem zacharczał, zarzęził, w miarę jak

własny nóż wbijał mu się w gardło. Wygiął się w tył, próbując odsunąć od ostrza, którego nie

był w stanie puścić. Kailean spojrzała uważnie, ciemne pasma wniknęły w jego ciało i

wypełniły je niemal w całości. Odwróciła wzrok.

Daghena podniosła jeden z noży drugiego z zabójców, przyszpiliła go nim do posadzki,

wyrwała klingę z ciała i spokojnie wytarła o szaty zabitego. I ten prosty gest odarł ją z całej

„książęcości”, znów była Dagheną Oanyter z plemienia Hearysów, jej towarzyszką z

czaardanu. Udawanie dobiegło końca.

Wymieniły dzikie uśmiechy. Taką grę znały dużo lepiej.

Dag rzuciła jej broń i ruszyła do swoich kufrów. W czasie gdy wytrząsała ich zawartość

na posadzkę, Kailean przyjrzała się ostrzu. Właściwie wyglądało jak półmiecz albo bardzo

krótki kord, klinga długa na piętnaście cali i mały jelec, wszystko w niezwykłym kolorze

ciemnej szarości, choć ciężar sugerował, że to zwykła, solidna stal. Na razie musi wystarczyć.

Charkot drugiego zabójcy umilkł, ciało bezwładnie uderzyło o posadzkę, z nożem niemal

po rękojeść wepchniętym w gardło.

Kailean spojrzała na Sainhę, kobieta miała kamienną twarz, oczy spokojne, dłonie

nieporuszone. Zupełnie jakby to, co zaszło, jej nie dotyczyło. Dag pojawiła się z boku,

obwieszona paciorkami, muszelkami, kośćmi i piórami. Wyglądało na to, że zabrała w podróż

znacznie więcej niż tylko „parę drobiazgów”.

Gdzieś w zamku ktoś rozkrzyczał się głosem pełnym obłędnego przerażenia.

– Co dalej?

– Chodźcie ze mną, jeśli chcecie żyć – powiedziała służąca.

* * *

Ścieżka wyprowadziła je na niewielką polankę, na której środku stała dziwaczna

konstrukcja, coś między niską chatką a przerośniętym szałasem. Kailean zatrzymała się,

wciągnęła głęboko powietrze. Zrobiła to tak naturalnie, jakby węch stanowił jej podstawowy

zmysł od chwili urodzin. Mech, wilgotna ziemia, butwiejące drewno, słaby zapach lisa.

Żadnych ludzi od bardzo długiego czasu.

Dała znać i Daghena wyjechała z krzaków, ciągnąc konia Laiwy za uzdę. Pora na

odpoczynek.

Najpierw sprawdziły dokładnie szałas. Dwa posłania, podłoga wyłożona płaskimi

kamieniami, wygasłe palenisko. I – Kailean prawie pisnęła z radości – zapas suchego drewna.

Na otwartej przestrzeni nie ośmieliłyby się rozpalić ognia, ale wewnątrz budynku, z drewna

leżakującego co najmniej od zeszłej jesieni, nie miały żadnych obiekcji.

Zaprzątnęły się koło koni. Tylko we dwie, bo Laiwa od ucieczki z zamku zachowywała

się jak osoba, którą ktoś długo i solidnie walił po głowie. Patrzyła przed siebie nieruchomym

wzrokiem z twarzą, z której znikły wszelkie oznaki życia. Na zadane pytania odpowiadała,

jeżeli w ogóle odpowiadała, szeptem, bo te o napastników, kim byli, skąd się wzięli i czego

chcieli, wydawały się do niej nie docierać.

Ale prowadziła ich szlakiem, którego same nigdy by nie znalazły.

Miały mało obroku dla koni – ledwo pół worka, który zgarnęły, wyjeżdżając ze stajni – i

nic do jedzenia dla siebie. Ludzie wytrzymają kilka dni, żując tylko wczesnowiosenny

szczaw, ale potem, zwłaszcza w górach, głód zacznie w błyskawicznym tempie wyciągać z

nich siły. Lecz konie nie zajdą daleko z pustymi brzuchami i jeśli nie trafi się okazja zdobycia

dla nich owsa, trzeba będzie zwierzęta rozkulbaczyć i wypuścić, mając nadzieję, że trafią w

dobre ręce. Dotyczyło to zwłaszcza szlachetnego wierzchowca Dagheny i ciężkiego konia

Laiwy, bo górski kucyk, którego dosiadała Kailean, już napełniał żołądek wczesną trawą.

Przypomniała sobie żarcik, który mówił, że te konie są spokrewnione z kozami, zeżrą

wszystko, wejdą wszędzie, tylko mleka nie dają. Istniała szansa, że oszczędzą na nim paszy.

Gdy skończyły zajmować się wierzchowcami, Kailean wskazała Dag szlachciankę.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги