– Czy... – Szpieg zawahał się, zerknął po kręcących się wokół uzbrojonych ludziach. –
Czy koczownicy schwytali któregoś z naszych?
Kenneth spodziewał się tego pytania.
– Nie.
– Na pewno?
– Policzyłem wszystkich – wycedził najbardziej obojętnym tonem, na jaki było go stać, a
Szczur szybko opuścił wzrok.
– Dobrze – stwierdził. – Jestem Semner-loa-Wajes. Posłaniec Szczurzej Nory.
– A masz jakieś dokumenty na potwierdzenie swoich słów?
– Są w...
Szczur rzucił okiem na swoje leżące z boku rzeczy i przez chwilę wyglądał na szczerze
zdumionego.
– Tak. – Kenneth uśmiechnął się uprzejmie. – Zabrałem ci ubranie, dokumenty i pewnie
broń, tak na wszelki wypadek. Każdy może założyć szare szaty i podawać się za Szczura. To
gdzie te dokumenty?
Semner-loa-Wajes wskazał wzrokiem niewielką torbę. Kenneth otworzył ją i wyciągnął
zalakowaną tubę.
W środku znajdowały się dwa pisma. Jedno z pieczęciami Nory, potwierdzające, że
siedzący przed nim nieszczęśnik to naprawdę Semner-loa-Wajes, czarodziej i posłaniec na
usługach Wywiadu Wewnętrznego, i drugie z pieczęcią Kawera Monela. Czarny skreślił tylko
trzy słowa.
„Słuchajcie go. Powodzenia”.
Tak jak się umówili, trzy słowa.
– Nie zasugerujesz, że dokumenty też można sfałszować?
– Nie. Są prawdziwe. Jakie masz rozkazy?
Szpieg popatrzył na niego podejrzliwie, ale nie skomentował.
– Podobno spotkaliście niedawno Kailean-ann-Alewan i Daghenę Oanyter.
Kenneth przeczesał pamięć.
– Wieża – podpowiedział Semner. – Ludzie, których tam schwytaliście...
Dziewczyna siedząca na okaleczonym nieszczęśniku i trzymająca jego oko w ręku.
Pamięć podsunęła obraz szczupłej blondynki z wściekle zielonym spojrzeniem i miną
sugerującą, że lepiej z nią nie zadzierać. I drugiej dziewczyny, wysokiej, czarnowłosej, na
dobrą sprawę cholernie podobnej do Verdanno.
– Pamiętam. Co z nimi?
– Przedwczoraj w nocy uprowadziły z zamku hrabiego Cywrasa-der-Malega hrabiankę
Laiwę-son-Baren, narzeczoną syna hrabiego. W samym zamku doszło do dziwnych
wydarzeń, polało się sporo krwi. Obie dziewczyny i ich ofiara kierują się na północny
wschód, nie wiemy po co. Ścigają je dwie kompanie Bękartów, ale zanim pościg ruszył,
minęło kilka godzin, było niezłe zamieszanie, więc mogły oddalić się na kilkadziesiąt mil.
Szczur mówił cicho, szybko, rzucając na boki urywane spojrzenia. Chyba za bardzo
wczuwał się w rolę.
– Na dobrą sprawę między Wyżyną a nimi jesteście teraz tylko wy. Macie je schwytać.
Musicie jeszcze wiedzieć – spojrzenia na boki stały się szybsze, a szept bardziej teatralny – że
ta ann-Alewan jest w jakiś sposób spowinowacona z Wozakami. Jest ich przybraną córką czy
kuzynką, nieważne. Verdanno nie mogą się dowiedzieć, jakie dostaliście rozkazy, bo nie
możemy im w tej sprawie ufać. Poza tym, dlaczego te dziewczyny kierują się na Wyżynę? To
podejrzane...
Kenneth przyglądał mu się z narastającą fascynacją. Całe ciało posłańca, od
przygarbionych ramion po dramatyczny szept, krzyczało: „Właśnie przekazuję wielkie
sekrety! Nadstawiajcie ucha!”.
– Długo służysz w Norze?
– Drugi rok.
– I jeszcze się nie nauczyłeś, że tajemnice trzeba przekazywać w sposób możliwie jawny?
Udało ci się zwrócić uwagę całej mojej kompanii.
Rzeczywiście, większość żołnierzy pozorowała jakieś działania, zacieśniając krąg wokół
dowódcy.
– Jeszcze chwila, a zaczną włazić w ognisko. Dobra, nie czerwień się i nie jąkaj. Wkrótce
wyruszymy.
– Rozkaz brzmi – natychmiast – rzucił szpieg.
Kenneth uśmiechnął się złośliwie.
– Rozkaz brzmi „macie je schwytać”. I schwytamy, jeśli to możliwe. Jeżeli kierują się na
północny wschód, to muszą przejść przez przełęcz Amoh, a potem Czarny Wierch. Nie ma
innej drogi dla konnych.
– Skąd...?
– Kilkadziesiąt mil w kilka godzin mogły przebyć tylko konno. No – Kenneth wstał –
dopij wino, rozgrzej się, poczekaj, aż twoje rzeczy wyschną. My ruszamy. Wkrótce.
Wszedł między swoich ludzi, nie oglądając się na Szczura.
Część II
Smak krwi
Rozdział 1
Koń parsknął i zanurzył pysk w strumieniu. Kailean ściągnęła wodze. Wierzchowiec był
zbyt zgrzany, a woda za lodowata, żeby to się mogło dobrze skończyć.
– Jeszcze chwila – mruknęła uspokajająco. – Rozbijemy obóz, ostygniesz, wyczeszę cię i
wtedy dopiero dam ci się napić. Słowo. Słowo, ty uparty bydlaku!
Szarpnęła wodze jeszcze raz, ostrzej, i wyprowadziła konia na brzeg. Strumyk ciurkał
dnem niewielkiej dolinki, zaraz za nim zaczynał się las. Gęstszy niż poprzedni. Jak tak dalej
pójdzie, będą musiały wędrować pieszo.
Do tej pory jakoś udawało im się utrzymywać kierunek. Laiwa zdawała się znać w
okolicy każde przejście, wskazywała im czasem trasę, jakiej samej z pewnością by nie
wybrały, jakiś parów, wąwóz, koryto strumienia, ścieżkę wydeptaną przez zwierzęta, które
wyprowadzały je na kolejny odcinek utwardzonej drogi. Lecz im bardziej oddalały się od