obserwował. W czasie walki, wbijając komuś miecz w brzuch. Kim on do cholery był, że nie
spuszczał wzroku z dowódcy? Od czasu do czasu słyszało się o takich żołnierzach,
zgorzkniałych, żyjących w poczuciu krzywdy, uważających oficerów za zło wcielone i
nienawidzących ich serdecznie. Ciekawe, czy gdyby sprawił się dzisiaj gorzej, to dostałby
zabłąkanym bełtem?
Wykrzywił się i splunął tak samo siarczyście jak przed chwilą dziesiętnik. To nie był
dobry czas na takie rozważania. Trzeba zająć się rannymi i pogrzebać zabitych.
* * *
Usiedli w kręgu, milcząc. Kenneth, Velergorf, Andan z głową obwiązaną szmatą, Bergh z
prowizorycznie zszytym barkiem, Cerwes Fenl, którego skórzany pancerz przypominał sito,
bo jeden z konnych złapał go na arkan i przeciągnął pięćdziesiąt jardów po ziemi, Versen-
hon-Lawons i Omne Wenk z ręką na temblaku, Fenlo Nur. A za ich plecami reszta kompanii,
kilkudziesięciu mężczyzn, każdy z kubkiem w ręku, niemal co drugi mniej lub bardziej
poharatany.
Podliczyli już straty. Największe poniosły Pierwsza i Piąta dziesiątka, po czterech ludzi,
w pozostałych było po jednym albo dwóch zabitych. Łącznie Szósta Kompania straciła
piętnastu żołnierzy; drugie tyle było rannych. To znaczy rannych na tyle, że obniżało to ich
sprawność bojową, bo takie drobiazgi, jak nadcięte ucho czy potłuczone żebra się nie liczyły.
Stracili też pięć psów.
Milczeli. To był czas żałoby po towarzyszach. Tak się złożyło, że zginęło ośmiu starych i
siedmiu nowych strażników, choć istniało jeszcze ryzyko, że proporcje się wyrównają, bo
jeden z ludzi Omne Wenka miał ciężką ranę brzucha. Uzdrowiciele Verdanno starali się jak
mogli.
And’ewers zrobił więcej, niż nakazywała przyzwoitość. Ranni strażnicy zostali otoczeni
opieką nawet przed rannymi Wozakami. Być może miało to coś wspólnego z relacją zdaną
przez Ger’serensa. Budowniczy opisał całe starcie, łącznie z tym, jak Velergorf zebrał połowę
kompanii i osłaniał odwrót tych, którzy nie zginęli w pierwszym ataku, oraz że reszta
strażników ściągnęła na siebie większość sił wroga.
wozów wypełniony trupami koczowników i koni, policzył je i nic nie powiedział. Ale
strażnicy mieli pierwszeństwo w opatrywaniu ran oraz opiece uzdrowicieli i czarowników.
Verdanno nie potrafili lub nie lubili dużo gadać, lecz mieli inne sposoby, by wyrazić
wdzięczność i uznanie. Przed skromnym obozem Szóstej Kompanii rosła sterta podarunków.
Beczułek wina, haftowanych koszul i jedwabnych kamizelek, nowych butów, pasów, broni w
wysadzanych złotem i klejnotami pochwach. Co i rusz podchodziło kilka osób, kłaniało się
bez słowa i zostawiało swój prezent.
Trudno o lepszy dowód uznania.
A mimo to, sącząc podarowane wino, Kenneth czuł pustkę.
Velergorf powiedział, że to pomoże. Pożegnanie. Bez słów, bez ubierania wspomnień o
innych w żałobne kłamstwa, bez oszukiwania się. Ale kłamstwa nie byłyby potrzebne, bo to
byli dobrzy ludzie, którzy zasłużyli sobie na tę chwilę ciszy. Kenneth podejrzewał jednak, że
wcale nie chodzi o umarłych, lecz o żywych. To oni musieli uporać się ze śmiercią, z tym, że
towarzysze, którzy jeszcze wczoraj śmiali się i żartowali, dziś leżą zawinięci w żałobne
płótno.
Ustalili już mniej więcej przebieg starcia. Po pierwszym ataku Velergorf objął
dowództwo. Udało mu się skupić przy sobie większość kompanii, dołączyć do zbierającej się
gromady Wozaków i odeprzeć dwa ataki, zanim koczownicy wpadli na pomysł z ogniskami i
zaczęli rozstrzeliwać obrońców. I tylko dzięki temu, że – jak to ujął – pan porucznik naszczał
na gniazdo szerszeni, nie wyrżnęli wszystkich.
Kenneth w czasie walki dowodził swoją dziesiątką, która jak zwykle rozłożyła się w
pobliżu, Piątą, trzymającą akurat wartę, i kilkoma innymi żołnierzami. A choć mogło się
wydawać, że bitwa trwała pół nocy, nie była dłuższa niż kwadrans. Tyle zajęło Wozakom
posłanie na dół setki rydwanów, bo tylko tyle mieli w gotowości. Niezły czas jak na
zaskoczenie, które zgotowali im Jeźdźcy Burzy.
Bo zaatakowały ich Błyskawice Kyh Danu Kreda, trzeciego spośród dowódców Ojca
Wojny. Verdanno wzięli żywcem kilku jeźdźców i już wiedzieli, że plemiona podległe Danu
Kredowi wyruszyły wcześniej niż zwykle i kierowały się wzdłuż Olekadów na północ. Całe
sto tysięcy dusz, oczywiście licząc kobiety, starców i małe dzieci. Danu Kredo miał pod sobą
jakieś piętnaście tysięcy lekkiej jazdy i trzy tysiące Błyskawic oraz paru naprawdę potężnych
Źrebiarzy, ale te wyliczenia były niedokładne, bo wśród Se-kohlandczyków prawo do
posiadania konia i łuku miał każdy, bez względu na wiek i płeć. A to znaczyło, że przeciw
Wozakom może stanąć trzydzieści albo czterdzieści tysięcy konnych. I tak, Kenneth
uśmiechnął się gorzko, koczownicy wiedzieli. Wiedzieli, że przez Olekady przeprawia się