właśnie armia Verdanno, że nieskończone, nieogarnione przeciętnym umysłem skarby w
koniach, wozach, broni i ubraniach, złocie i srebrze wlewają się przez góry na wyżynę. I
dlatego właśnie Kyh Danu Kredo poderwał swoje plemiona wcześniej niż zwykle, by zdobyć
to bogactwo dla siebie. Był młody, ambitny, spragniony łupów i wierzył, że jego trzydzieści
tysięcy jazdy zdoła ogarnąć jeśli nie wszystkie, to przeważającą większość wozackich
bogactw. Bo ani bojowe wozy, ani rydwany nie wydawały mu się straszne. Był pewien, że
zanim przybędzie reszta Se-kohlandczyków, zdoła pokonać prawowitych właścicieli wyżyny.
Przynajmniej tak twierdzili jeńcy, a ponieważ przesłuchiwano ich osobno i wszyscy
mówili to samo, wieści wyglądały na prawdziwe. Obozowisko u stóp rampy zaatakował tylko
jeden a’keer, nie więcej niż sto dwadzieścia koni. Czoło sił Kyh Danu Kreda miały znajdować
się trzy dni drogi na południe stąd.
A to oznaczało, porucznik zacisnął dłoń na kubku, aż pobielały mu kłykcie, że wszystko
poszło na marne. Większość wozackiej armii tkwiła jeszcze pod Kehlorenem, Verdanno
potrzebowali co najmniej dziesięciu dni, żeby przeprawić się przez góry, dziesięciu, a mieli
trzy albo i mniej, bo na wieści przyniesione przez niedobitków podjazdu Syn Wojny z
pewnością przyspieszy. Otoczy ich przy podnóżu gór, przyciśnie pierścieniem jazdy do
Olekadów, nie pozwoli uformować się wielkim karawanom. A to właśnie te karawany,
wędrujące bitewne obozy, były podstawą planu Wozaków. Jeśli nie wyruszą, wszystko
przepadnie.
Całe to szaleństwo związane z przebijaniem się przez góry nie miało sensu. Wozacy
powinni spalić rampę, zawalić wyrwane w trzewiach góry przejście i udać się pod zamek,
niszcząc za sobą wybudowane drogi i mosty. A potem wrócić na Stepy.
Dzisiejszej nocy jego ludzie ginęli na darmo.
Nie powinno ich tu być, jego kompania nie powinna mieszać się w politykę Imperium, w
zabawy przesuwające na mapie świata całe narody i zmieniające granice. Powinni siedzieć w
Belenden i łapać bandytów.
Powiódł wzrokiem po swoich dziesiętnikach. Byli poważni, nieobecni, skupieni na
własnych myślach. Nawet Velergorf siedział, wpatrując się w kubek, a wytatuowane czoło
przecinała mu pionowa zmarszczka. Stracił w potyczce dwóch żołnierzy, z którymi służył od
dziesięciu lat.
– To byli dobrzy ludzie – rzucił wreszcie.
– Dobrzy – zgodziła się reszta.
Najstarszy dziesiętnik uniósł kubek.
– Oby im się wiodło w drodze do Domu Snu i oby Matka łaskawym okiem spojrzała na
ich dusze.
Wznieśli naczynia, wypili. Bo takie były stypy wśród żołnierzy Górskiej Straży, krótkie,
ciche, intensywne. Kenneth odłożył kubek.
– Ilu ludzi nie da rady chodzić?
– Ośmiu. – Velergorf miał już wszystkie informacje. – Rozmawiałem z And’ewersem.
Proponuje, żebyśmy ich zostawili w obozie, aż staną na nogi, albo odesłali linią noszowych
do zamku. Nasz wybór. Reszta rannych da radę iść, choć niektórzy nie za bardzo nadają się
do bitki.
– Dobrze. Wozak mówił, co zmierzają teraz zrobić?
– A jak pan myśli, poruczniku? – rozległ się z boku ochrypły głos.
And’ewers stał kilka kroków za ostatnimi żołnierzami. Wyglądał, jakby zaraz miał
wyruszyć do walki, kolczuga o drobnych oczkach połyskiwała srebrzyście, hełm z nosalem
ocieniał twarz, a lekki topór na długim stylisku obijał się o biodro. Towarzyszyło mu dwóch
ludzi. Jeden wyglądał jak młodsza kopia kowala, dla żartu ubrana i uzbrojona w taki sam
sposób, drugi, stojący nieco z boku, jak topielec wyciągnięty właśnie z wody. I to topielec w
szarościach imperialnych Szczurów.
– Mój syn, Der’eko – dowódca karawany przedstawił młodego wojownika. –
Pierwszej Fali Obozu New’harr. Jutro poprowadzi swoje rydwany na południe. On i jeszcze
osiem innych Fal. Pełne trzy Lawiny pod dowództwem
Młodsza kopia And’ewersa skłoniła się sztywno, patrząc gdzieś nad głowami strażników.
Kenneth odpowiedział skinieniem głowy, po czym rzucił dziesiętnikom:
– Przygotujcie ludzi do drogi. – Sam wstał i zaczął się przeciskać do kowala. Obecność
Szczura znaczyła, że przyszły jakieś rozkazy.
– Więc spróbujecie – zaczął, gdy stanął przed And’ewersem.
– Oczywiście. Nie po to szliśmy taki kawał drogi. – Z twarzy Wozaka nie dało się
wyczytać żadnych emocji. – Poza tym wiele się nie zmieniło, po prostu spotkamy
koczowników trochę wcześniej.
Odeszli jeszcze kilka kroków na bok.
– Bez przygotowania i z większością wozów po drugiej stronie gór.
– Tylko co to zmienia?
Czarne oczy And’ewersa patrzyły spokojnie. Kenneth westchnął.
– Masz rację, to nie moja sprawa. Tak przez ciekawość, ile rydwanów wyślecie przeciw
Se-kohlandczykom?
– Dziewięć Fal. Jakieś pięć tysięcy, z czego połowa ciężkich. Mniej więcej dwanaście
tysięcy ludzi. Do tego Orne z kilkoma uczniami. Podobno wśród Źrebiarzy Danu Kreda jest