śmiercią, odorem rozprutych bebechów, limfy i przede wszystkim przerażenia. Tak właśnie

czuła, przerażenie, ten szczególny rodzaj potu pojawiający się na skórze, gdy żywa istota staje

w obliczu dławiącego dech niebezpieczeństwa, przed którym nie ma ucieczki. Śmierć ma

własny zapach.

Po wejściu do stajni zrozumiała, że śmierć ma też własny kształt, zaklęty w rozdartym

brzuchu, jelitach rozwłóczonych po ziemi, płatach skóry ściągniętych z boków i zwisających

niczym parodia skrzydeł. I że koński trup może stać na nogach, podwiązany rzemieniami

przewleczonymi przez kręgosłup do sufitu. I jakie to robi wrażenie, jeśli zostanie przy okazji

dokładnie oświetlony kilkoma oliwnymi lampkami.

Daghena obróciła się gwałtownie i zwymiotowała. Kailean nie odczuwała takich sensacji,

Berdeth osłonił ją, odepchnął grozę tego widoku, więc gdy się odezwała, miała niemal

normalny głos.

– Dlaczego? Dlaczego tak?

– Dlaczego Ewelunrech tak się bawią? Bo szukają swego serca. Bo nikt im nie

przeszkodzi. Bo mogą.

– To oni mordują ludzi w górach?

– Tak.

Rozejrzała się. Zwierzę w sąsiednim boksie zostało rozdarte na strzępy, dwie przegrody

dalej ktoś powiesił konia, przerzucając sznur przez belkę stropową i podciągając go tylko tyle,

żeby przednie nogi wierzchowca nie sięgały ziemi. Lampkę ustawiono tak, by światło padało

na wywalony język i świecące białkami oczy. Za następnym przepierzeniem koń był żywy,

tylko ktoś ciasno obwiązał mu szczękę, tak że zwierzę nie mogło wydać z siebie

najmniejszego dźwięku, po czym oślepił. Daghena wyprostowała się i powiodła wokół

błędnym wzrokiem. Płomienie lampek zamigotały, mimo iż chroniły je szklane klosze.

Kailean spojrzała uważniej, wokół amuletów i talizmanów, kamyków, muszelek i piór

zaczęły się gromadzić cienie.

– Dag, siostro... nie. Nie teraz. Zrób to, co musisz, ale zachowaj siły na spotkanie z nimi.

Podziałało. Nie ma to jak obietnica, że będzie można komuś poderżnąć gardło.

Wskazała na boksy po przeciwnej stronie. Tam zwierzęta stały nietknięte, wyglądało na

to, że nikt nawet nie próbował się do nich zbliżyć.

– A te? Dlaczego zostawili je żywe!

– Bo tak. Bo mogą.

Oślepiony koń wydał nagle zduszone sapnięcie i ukląkł, a potem przewrócił się na bok.

Daghena starannie wytarła nóż o sierść zwierzęcia, a cienie wokół niektórych jej ozdób

przybrały barwę głębokiej czerni.

Kailean zerknęła na Laiwę. Groza i horror otoczenia wydawały się do niej nie docierać.

– Umierają ostatni z jej braci i sióstr – w głosie Sainhy po raz pierwszy pojawiła się jakaś

emocja. Głęboki, pełen współczucia smutek. – Wkrótce zostanie sama. Pani na Ukrytym

Zamku nie wybaczy żadnej ze swoich córek zdrady. Nawet jej.

– A dlaczego miałaby wybaczyć?

Wyłonił się z ciemności, w których tonął drugi kraniec stajni. Średniego wzrostu, w

szarym ubraniu, z kapturem odrzuconym na plecy. Zwykła twarz, jasne tęczówki, jeszcze

jaśniejsze włosy.

– Ty – wskazał służącą – umrzesz. Ona – starannie wypielęgnowana dłoń skierowała się

ku Daghenie – też. A nasza zaginiona córka i ona pójdą ze mną. Matka ucieszy się z jej oczu.

Kailean zrozumiała, że chodzi o nią. Co, do cholery, wszyscy mają do jej oczu?

– Umrze, tak? Tak po prostu, jakby chodziło o złamanie gałązki?

Daghena skończyła wycierać szarą klingę i wyszła z boksu. Na widok jej uśmiechu

Kailean cofnęła się nieco. Czy on tego nie dostrzega?, przemknęło jej przez głowę, tej

przetykanej purpurą czerni, która spowija czarnowłosą dziewczynę?

Najwyraźniej nie widział. Jakiekolwiek były jego umiejętności, nie pozwalały mu

dostrzec Mocy okiełznywanej przez duchy. Wściekłe duchy.

Skinął tylko głową i skoczył na nią wyciągając w powietrzu noże, a pasma ciemnej

szarości otoczyły go ze wszystkich stron. I był naprawdę szybki, znacznie szybszy niż inni.

Ale Dag po prostu wyciągnęła dłoń, a Moc spływając z niej, uderzyła mężczyznę w brzuch

falą czerni i czerwieni, aż zgiął się wpół, jakby w locie trafił na sterczący drąg.

Otaczające go szare smugi pomknęły naprzód, ale zostały pożarte przez czerń. Upadł, a

Daghena zrobiła kilka kroków i z całej siły kopnęła go w twarz. Jego głowa odskoczyła w tył

tak, iż wydawało się, że potylicą uderzył o własne plecy. Dziewczyna jedną ręką złapała go za

ubranie na piersi i podniosła, jakby był małym dzieckiem. Uderzyła drugą. Krzyknął krótko,

gdy sztych szarego noża wyrósł mu na plecach, i drugi raz, gdy zakrwawione ostrze wpełzło z

powrotem w ciało, i kolejny, gdy w eksplozji krwi wyskoczyło w innym miejscu. Potem już

nie krzyczał.

Dag zbliżyła twarz do twarzy trupa.

– Matka będzie musiała poczekać – wysyczała, a wraz z nią zasyczały otaczające ją

pasma czerni.

Nóż jeszcze raz pogrążył się w ciele.

– Dag? – Kailean starała się mówić spokojnie.

– No?

– Chyba go już zabiłaś.

– Wiem.

Trup wylądował na ziemi.

– I co teraz?

Sainha przyglądała się dziewczynie z pozbawioną wyrazu miną. Kailean dopiero teraz

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги