zauważyła, że mrok spływał z dłoni kobiety i otaczał ją szerokim na kilka stóp kręgiem.

Zupełnie jakby stała pośrodku wypełnionej dymem sadzawki. Spojrzenie służącej

powędrowało za jej wzrokiem.

– Ty to widzisz. – To nie było pytanie. – Widzisz soe’guon.

– Ten cień? Moc, którą zabiłaś strażników na wieży?

Starsza kobieta przymknęła oczy.

– To mój grzech... moja wina... i przekleństwo. To nie tak miało być, ale oni byli za silni,

a... ja się bałam... zbliżali się, prowadził ich... soe’guon nie ma służyć do walki.

– Do nas przyszłaś, szukając walki.

– Tak. Ale bałam się jeszcze bardziej. Wszyscy umierają... wszyscy, którzy przeszli,

bracia i siostry, a wy szukacie... od początku wam nie ufałam... – Uśmiechnęła się, po raz

pierwszy. – I miałam rację.

Cienie wokół niej znikły, wsiąkły w dłonie.

– Mam propozycję.

– Jaką?

– Nie wyjdziecie stąd żywe, jest ich zbyt wielu... Przerwało jej uderzenie o drzwi stajni.

Deski wrót zaskrzypiały.

– ... i już wiedzą, że tu jesteście. – Wyprostowała się. – Ja ich zatrzymam, a wy

zawieziecie panienkę Laiwę tam, gdzie będzie chciała. Ona wskaże wam drogę.

– A jeśli wolimy zostać i walczyć?

– Wtedy wszystkie umrzemy.

Wrota zadrżały ponownie, a potem wygięły się na zewnątrz, jakby ręka olbrzyma

pociągnęła je do siebie.

– Umowa?

Spojrzały na siebie, walka była czymś, co rozumiały.

– Jak się teraz damy zabić – Kailean nie spuszczała wzroku z Dagheny, otaczająca ją

czerń była jakby mniej głęboka – to okaże się, że niepotrzebnie paradowałam tyle czasu w

brzydkich kieckach.

Czarnowłosa skinęła głową i już, bez zbędnych słów, była przy podarowanym jej przez

Aeryha koniu.

– Umowa? – Służąca Laiwy nie zamierzała wypuścić ich bez słowa.

– Gdzie mamy ją zawieźć?

– Do miejsca, w którym będzie bezpieczna, savhoren. Ona zna drogę. To cztery dni drogi

stąd.

– A potem?

– Rozstaniecie się.

Wrota zatrzęsły się jeszcze raz, uderzone z taką siłą, że jeden z górnych zawiasów wygiął

się do środka.

– Cztery dni. – Kailean siodłała górskiego kuca. – Jeśli nie znajdzie tego miejsca w cztery

dni, zawracamy i oddamy ją Szczurom. Umowa?

Sainha wpiła się wzrokiem w jej twarz.

– Umowa – potwierdziła po chwili. – Gdy wrota padną, jedźcie.

I tak się stało, wyjechały ze stajni otoczone przez ciemny wir, który porywał i odrzucał na

boki rozmazane sylwetki, przemknęły przez otwartą bramę i ruszyły w góry. I choć zakrawało

to na cud, nikt ich nie ścigał. Aż wreszcie po połowie nocy i całym dniu wędrówki trafiły tu,

do tego zapomnianego przez wszystkich szałasu, bez jedzenia, wody, z kilkoma garściami

owsa dla koni. I z irytującym poczuciem, że jadą bez celu, bo choć wydawało się, że Laiwa

prowadzi je w znane sobie miejsce, to przez większość czasu zachowywała się jak bezwolna

kukła, której jest wszystko jedno.

I teraz właśnie Daghena postanowiła poruszyć temat, którego unikały przez całą drogę.

– Co robimy, Kailean? Wieziemy ją dalej?

– Przysięgałyśmy.

– Obiecałyśmy, a to różnica. I najpierw przysięgłyśmy Laskolnykowi, a nie sądzę, by

kha-dar pochwalił nas za to, co robimy. Ona – wskazała na leżącą szlachciankę – jest kluczem

do tego, co dzieje się w górach. Ktoś od trzech miesięcy zabija tu ludzi, by ją dopaść. Szczury

muszą z nią porozmawiać.

– Porozmawiać? Zaproszą na ciasto i pogaduchy?

– Nie jestem aż tak głupia.

– Wiem, Dag, wiem. Ja też nie. Ale zginęłybyśmy w tej stajni, gdyby nie jej służąca.

– Nie dla nas została.

– Ale została. Obiecałam jej cztery dni. Potem zawrócimy.

– Do tego czasu będzie nas ścigać cała Górska Straż.

– Setki mężczyzn uganiających się za nami po okolicy? Czemu nie?

Kolejny żart nie rozładował atmosfery, ale jej przyjaciółka zrozumiała, że dalsza

rozmowa nie ma sensu.

– Cztery dni?

– W tej chwili trzy i pół nocy, Dag. Obiecuję.

– Besara obedrze nas ze skóry, kiedy wrócimy. Eeech, na szeroki zadek Laal, bardzo bym

chciała mieć tu resztę naszych.

– Ja też.

* * *

Gdy konie szły galopem, trudno było dostrzec poszczególne szprychy, a gdy przechodziły

w cwał, koła rydwanów zamieniały się w rozmazane płaszczyzny. Przy takiej prędkości

wydawało się, że załogi bojowych pojazdów powinny odczuwać każdą nierówność, ale

Kocimiętka miał już okazję przejechać się rydwanem w czasie ćwiczeń i wiedział, że

zrobiona z krzyżujących się, skórzanych pasów elastyczna podłoga pochłania najmniejsze

wstrząsy. Ciekawiła go taktyka, którą Verdanno zamierzają zastosować, znał ich opowieści o

dwóch poprzednich wojnach z koczownikami, lecz najważniejszą sprawą było to, czy potrafili

wyciągnąć wnioski ze swoich klęsk. Czy usprawnili manewry, jak zmienili rydwany, by

mogły mierzyć się z konnicą, czy zdołają przeciwstawić się a’keerom konnych łuczników i

ciężko opancerzonych Błyskawic?

Czternastu, tylko tylu jeźdźców z czaardanu Laskolnyka towarzyszyło Wozakom w

wędrówce na północ, resztę generał zatrzymał przy sobie. Na odchodnym odciągnął go na

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги