niemożliwe było, by Kyh Danu Kredo, prowadzący na północ swoje plemiona, nie wiedział,

co się dzieje. To jego a’keer zaatakował śpiących u podnóża rampy budowniczych, a ci,

którzy uszli z potyczki, mieli cały dzień i całą noc, by dotrzeć do sił głównych.

Na to wspomnienie Kocimiętka znów zgrzytnął zębami. Żeby był tam wtedy cały ich

czaardan, poszliby za poszarpanym podjazdem i wyłapali albo wybili koczowników do nogi.

Ślady, które rankiem zbadali, wskazywały, że udało się uciec nie więcej jak dwudziestu

jeźdźcom, z czego część była ranna. Daliby radę ich dopaść i wtedy bierność Syna Wojny

można by tłumaczyć tym, że nie wie on jeszcze o powstaniu rampy i przechodzeniu Verdanno

przez góry. A co najważniejsze, że nie wie, że Verdanno już wiedzą o tym, że nadciąga.

Wzgórze oblała kolorowa fala. Tak to wyglądało ze szczytu. Tysiące rydwanów, tysiące

powiewających na wietrze chorągiewek, burty i końskie pancerze ozdobione różnymi

barwami. Karne kolumny średnio po dwadzieścia pojazdów, oddzielone przerwami

szerokości dziesięciu jardów. Wyraźne Strugi, Strumienie i Fale, oddziały odpowiednio po

dwadzieścia, dwieście i sześćset wozów, łatwo dające się zidentyfikować – lekkie,

dwuosobowe, i ciężkie, trzyosobowe rydwany. Wszystko pięknie i równo jak na paradzie.

Cokolwiek by mówić o Verdanno, dwadzieścia lat w nieruchomych obozach nie pozbawiło

ich umiejętności powożenia.

Kocimiętka nie lekceważył całkowicie rydwanów. Niiar, Janne, Landeh, on sam wreszcie,

dali się wcześniej namówić na przejażdżkę w towarzystwie woźnicy i łucznika. Z ciekawości,

żeby zobaczyć, co naprawdę potrafią Wozacy. Ćwiczenia w dolinie pod zamkiem wypadały

całkiem przekonująco, dobry strzelec z dwustu jardów trafiał w słomianą sylwetkę jeźdźca na

koniu, dobry woźnica kierując jedną ręką zaprzęgiem, drugą potrafił rzucić celnie dziryt na

połowę tej odległości. Wszystko w pełnym cwale.

Verdanno używali przywiezionego ze Wschodu miotacza dzirytów w kształcie długiego

na dwie stopy, wydrążonego kawałka twardego drewna ze stopką na podstawę pocisku.

Uśmieszki zeszły kilku kpiarzom z ust, gdy jeden z Wozaków posłał opierzony pocisk na

prawie dwieście jardów. Co prawda z lekkiego rozbiegu, ale odległość i tak była imponująca.

Łuki i kusze górowały celnością i zasięgiem, lecz ta prosta broń miała nad nimi podstawową

przewagę. Można było się nią posługiwać jedną ręką, co pozwalało woźnicy walczyć

skutecznie na dystans. Załoga najczęściej nosiła kolczugi lub skórzane pancerze obszyte

wieloma warstwami płótna i stalowe hełmy, a w walce oprócz łuków i dzirytów używała

szabel, toporów, czasem długich, prostych mieczy. A w rydwanie trzyosobowym oprócz

łucznika i woźnicy znajdował się też wojownik uzbrojony w wielką tarczę, dwunastostopową

włócznię i pełny ekwipunek ciężkiego piechura, łącznie z kuszą. Kocimiętka obserwował ich,

jak ćwiczyli wskakiwanie i zeskakiwanie z pojazdów zatrzymujących się ledwo na chwilę, i

miał dziwne przeczucie. Możliwość postawienia muru z tarcz na drodze atakującej jazdy z

pewnością była ciekawa, ale Wozacy to nie ćwiczona do obłędu meekhańska piechota, która

potrafiła manewrować na polu bitwy nawet w obliczu nacierającego wroga. Na co oni, do

ciężkiej cholery, liczyli?

Odszukał wzrokiem znajdujący się pośrodku verdańskiej armii rydwan, nad którym

powiewała tyczka zwieńczona ciemnoszarym proporcem z wizerunkiem płonącego wozu.

Znak Obozu New’harr, znak tych, co przebyli Krwawy Marsz. Lamerei stał obok woźnicy i

jakby wyczuwając to spojrzenie, popatrzył na wzgórze. Kocimiętka przekazał mu kilka

znaków w mowie niskiej. „Droga wolna”.

„Pilnujcie dalej” musiało mu wystarczyć za całą odpowiedź. Cholerny bękart.

Popędził konia, zjeżdżając ze wzgórza. Verdanno wykorzystywali ich jako zwiad, oczy i

uszy oddziału. To oni wjeżdżali na wzgórza, żeby się rozejrzeć, wysuwając się nieraz na milę

przed pędzące kolumny, a Janne i Lea od czasu do czasu używali własnych talentów, by

przeczesać dalszą okolicę. Nie do końca mu się to podobało, w końcu Wozacy mieli własnych

czarowników, jak choćby ta budząca lęk starucha, która nieustannie kręciła się przy

Awe’aweroh Mantoru. To oni powinni używać swoich Mocy, by sprawdzać teren przed

armią.

Z drugiej strony ich szóstka i tak miała towarzyszyć rydwanom, a sposób, którym

posługiwali się Janne i Lea, był nie do wykrycia przez Źrebiarzy. Kto przy zdrowych

zmysłach będzie uważał na każdego ptaka w promieniu kilkudziesięciu mil albo sprawdzał,

czy w okolicy nie ma dziewczyny wciskającej dłonie w ziemię?

Tak czy inaczej wyglądało na to, że dziś nie zetrą się z wrogiem. Rydwany dałyby radę

do zachodu słońca pokonać pięćdziesiąt mil dzielące je od koczowników, zwłaszcza że ci

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги