bok i powiedział: „Pilnuj ich, Sarden. Ty, Daghena, Lea, Janne i Kailean jedziecie, bo macie
talenty, które mogą wam się tam przydać, ale nie pozwól, by coś im się stało. Trzymajcie się
razem w miarę możliwości”.
W miarę możliwości, psiakrew.
Nawet kha-dar, mimo swoich strategicznych talentów, nie wyobrażał sobie, jak będzie
wyglądała wędrówka Wozaków. Liczący prawie trzysta mil marsz na północ, przesączanie się
przez górskie drogi pod twierdzę i wreszcie przebijanie się przez najdziksze rejony Olekadów.
Kocimiętce udało się doprowadzić tylko do tego, że razem z Dag, Leą i Kailean jechali na
czele pierwszej karawany, reszta, po dwóch, trzech jeźdźców, towarzyszyła następnym
czterem. Mieli przepatrywać drogę i pełnić rolę gońców, gdyby wozy natknęły się na jakieś
przeszkody. W końcu taka była wola Rady Obozów, która im płaciła.
A teraz w wyprawie na południe towarzyszyli mu Niiar, Landeh, Lea, Veria i Janne.
Reszta, czyli druga szóstka, jeszcze nie przeszła przez góry, a Kailean i Daghena bawiły się
gdzieś w jakieś gierki Szczurów. Ot, cała prawda o planach i strategiach – w każdej chwili
mogą wziąć w łeb.
Wjechali na lekkie wzniesienie. Stanął w strzemionach i rozejrzał się. W tym miejscu
Wyżyna Lytherańska była chyba jeszcze bardziej płaska niż stepy, które znał, takie
wzniesienia stanowiły rzadkość, ale mimo że nie było ono zbyt imponujące, miał teraz widok
na kilkanaście mil wokół. Płasko, płasko, płasko, jakaś rzeczka na wschodzie, ściana gór na
zachodzie, i to już wszystko. Trawa dopiero przebijała się na powierzchnię gruntu, nie było
żadnych zarośli, krzewów czy chaszczy, w których dałoby się ukryć. Nie będzie
niespodzianek, jeźdźców wyskakujących znienacka, by posłać kilka strzał i umknąć, czy
zamaskowanych dołów, w których konie łamią nogi. Dla armii rydwanów to dobra
wiadomość.
Bo, co musiał niechętnie przyznać, Verdanno spisali się znakomicie, w jeden dzień
przerzucili przez góry pięć tysięcy rydwanów i trzynaście tysięcy wojowników. I nie była to
dzika horda, tylko prawdziwa armia, podzielona na oddziały, oznaczone kolorami burt i
powiewającymi na wysokich tyczkach chorągiewkami, dowodzona przez wyznaczonych do
tego ludzi, słuchająca rozkazów. Gdy tak pędzili przez równinę, sprawiali wrażenie, że nic nie
zdoła ich zatrzymać.
Ale to wrażenie mogło być dość szybko zweryfikowane. Do cholery, on sam był
kawalerzystą i oficerem, a choć przez lata w czaardanie zdążył już odwyknąć od wojskowej
dyscypliny i myślenia o taktyce w skali większej niż trzydzieści koni, to teraz, gdy szli do
bitwy, stare nawyki zaskakująco łatwo powróciły. Gdyby był na miejscu Syna Wojny i chciał
opóźnić wozackie rydwany, posłałby przeciw nim jakiś tysiąc, może dwa tysiące jeźdźców,
samych konnych łuczników na śmigłych, szybkich wierzchowcach, i zacząłby szarpać
błyskawicznymi atakami. Nagła szarża, zasypanie przeciwnika strzałami i odwrót. Nie rozbije
to armii tej wielkości, ale wprowadzi zamieszanie i ją spowolni. Atak na skrzydła i ucieczka,
atak i ucieczka. Nie pozwolić się otoczyć, nie przyjąć frontalnego natarcia, trzymać dystans
stu, stu pięćdziesięciu jardów, i szyć, bez przerwy szyć strzałami. Pocisk wypuszczony z
takiej odległości nie zabije konia, zwłaszcza że wiele z nich chroniły pikowane pancerze, ale
może go zranić. A ranne zwierzę będzie się płoszyć, krwawić i słabnąć.
To była taktyka drapieżców – zmęczyć przeciwnika jak wataha wilków męczy stado
stepowych bawołów, dopóki nie rozciągnie się ono na całej długości, a słabsze, poranione
sztuki nie zaczną odstawać. Bo po kilku godzinach takiej zabawy Wozacy też zaczęliby tracić
rydwany, poranione konie zwalniałyby i zostawały w tyle. A Awe’aweroh Mantoru,
dowodzący tą ekspedycją, miałby wtedy do wyboru dwie drogi – albo dostosować tempo do
osłabionych zaprzęgów, oddając inicjatywę w ręce koczowników, albo porzucić je, jak stado
bawołów porzuca sztuki skazane na śmierć. Tak czy inaczej koczownicy coś by na tym
zyskali.
– Janne?
Jasnowłosy chłopak skinął głową i przymknął oczy. Wysoko nad nimi krążył stepowy
sokół, jeden z pierwszych, które pojawiły się w okolicy po zimie, a który teraz użyczał
swoich oczu ptasznikowi. W końcu żadne wzniesienie nie zastąpi takiego pomocnika.
Po dłuższej chwili Janne wypuścił powietrze, sapnął i zmarszczył brwi.
– Nic. To znaczy są tam – wskazał na południe – jakieś pięćdziesiąt, może więcej mil
przed nami, widać ciemną plamę, ale między nimi a nami nie ma nic. Nawet małego
podjazdu. Chyba że nauczyli się ryć tunele w ziemi.
Cała szóstka popatrzyła po sobie. Tak było od samego ranka, odkąd wyruszyli z
rosnącego wokół rampy obozu, żadnych ruchów koczowników, żadnych zagonów, brak
nawet pojedynczych jeźdźców. Tylko olbrzymi obóz gdzieś tam przed nimi. A przecież