pewnie także posuwali się naprzód, ale wtedy i ludzie, i konie byliby po całodziennym

forsownym marszu, a tylko głupiec rozpoczyna walkę, mając zmęczoną armię. I to tuż przed

zapadnięciem zmroku. Zwłaszcza że Se-kohlandczycy prowadzili ze sobą całe tabuny

luzaków, z których mogli skorzystać ich wojownicy, a Verdanno wiedli zaledwie garstkę

zapasowych koni.

Nie, rozsądniej będzie przejechać jeszcze jakieś piętnaście, dwadzieścia mil i wcześnie

rozbić obóz, odpocząć, by na długo przed świtem poderwać się do drogi. Jeśli szczęście by im

dopisało, mogliby uderzyć na koczowników o wschodzie słońca, zaatakować ich rozespanych

i rozleniwionych, wpaść między namioty, rozpędzić – albo lepiej, ukraść – konie, podpalić

wozy z zapasami, rozpętać chaos, który sparaliżuje wędrujące plemiona na wiele dni.

Prrrrrr, kobyło, zganił sam siebie w myślach. Znów zaczynasz snuć plany jak dowódca

jazdy. To nie jest, mimo łomotu tylu kopyt, kawaleria. Rydwanami nie bardzo można

wjeżdżać w głąb obozu, między rozstawione namioty, wozy i tabuny. Za ciasno, za mało

miejsca, pojazdy będą przewracać się, grzęznąć, łamać osie. Ich załogi, rozproszone i

otoczone przez wrogów, zostaną raz-dwa wyrżnięte. Siłą rydwanu jest walka w ruchu, gdy

stanie, zamienia się w pułapkę. Nie, atak na obóz odpada, chyba że...

Z wrażenia aż ściągnął wodze, a jego koń parsknął niezadowolony. Chyba że ma się ze

dwa, trzy tysiące ciężkiej piechoty. Chędożone bękarty! Czyżby to właśnie planowali?

Zaatakować obóz najlepszej konnicy świata, poza imperialnymi pułkami i czaardanem

Laskolnyka oczywiście, piechotą? Zwarte oddziały wdzierające się w głąb obozowiska,

opancerzone od stóp do głów i uzbrojone po zęby, mające przeciw sobie koczowników w

skórzanych pancerzach, wojłokowych przeszywanicach i z lekkimi szablami? A na zewnątrz

pierścień rydwanów, szyjący do wszystkiego, co spróbuje się wydostać. Ciężkozbrojnych

było trochę za mało, by zmiażdżyć jednym atakiem całą liczącą kilkadziesiąt tysięcy głów

hordę, ale mogli wydrzeć jej serce, może nawet, jeśli dopisałoby im szczęście, dostać samego

Syna Wojny.

Cholera! Czy to możliwe? Czy za tą wyprawą stoi taki właśnie plan?

Czy Verdanno chcą się popisać, czy też tak lekceważą nadciągającego wroga, że uznali,

iż to się da zrobić? Ale, na długie nogi Czarnogrzywej, Kyh Danu Kredo może i jest młody, i

został Synem Wojny dopiero jakieś dziesięć lat temu, lecz tylko głupiec by go lekceważył.

Jeśli przez cały ten czas utrzymał się w siodle, to znaczy, że ten stary skurwiel Yawenyr

dobrze wybrał. Tytułu Syna Wojny nie dziedziczyło się, trzeba było na niego zasłużyć

bezwzględnością, oddaniem i talentami wojennymi. Na dodatek Danu Kredo miał pod sobą

co najmniej piętnaście tysięcy wyszkolonej jazdy, a mógł mieć drugie tyle, po prostu sadzając

na koń młodzików, starszych mężczyzn, pastuchów, a nawet kobiety, bo wśród koczowników

każdy mógł w kilka chwil zostać wojownikiem. Kocimiętka popędził konia, wyprowadzając

swój oddzialik przed rydwany. Wozacy zaczęli zwalniać, ich konie przeszły w lekki kłus.

Najwyraźniej informacja, którą przekazał głównodowodzącemu, wywarła taki efekt, jak się

spodziewał, Verdanno nie szykowali się dziś do bitwy, chcieli jeszcze przejechać kilkanaście

mil i rozbić obóz. Rozsądna decyzja.

Nadal jednak nie było odpowiedzi na najważniejsze pytanie. Dlaczego jest tak spokojnie?

Resztki rozbitego podjazdu musiały już dotrzeć do głównego obozu koczowników, Syn

Wojny musiał już wiedzieć, że Wozacy przeszli góry i okopują się na wyżynie. Jeśli znał

sprawność, z jaką Verdanno zakładali warowne obozy, powinien starać się ze wszystkich sił

im w tym przeszkodzić. Tymczasem nadciągał wolnym marszem, w takim tempie, jakby miał

przed sobą cały czas świata. Nie wyglądało to na wojenną wyprawę, tylko na zwykłą o tej

porze roku wędrówkę na nowe pastwiska.

A może właśnie o to chodziło, że to nie wojenna wyprawa? Rozmawiali o tym w czasie

narady, nim rydwany wyruszyły na południe, i to chyba And’ewers poczęstował ich takim

stwierdzeniem. Gdy koczownicy walczyli z Verdanno po raz pierwszy, na Wyżynę

Lytherańską uderzyła konna armia, lotne zagony szybkie i zwinne, w czasie tłumienia

powstania Wozacy również walczyli tylko z jazdą. Ale teraz sytuacja wśród Synów Wojny

jest napięta, żaden z nich nie zostawi swoich kobiet i dzieci, stad bydła i tabunów na Wielkich

Stepach bez ochrony. Mogłoby się okazać, że gdy on będzie zajęty walką, sąsiad wyrżnie mu

współplemieńców i zagarnie majątek. Wojna wojną, ale Yawenyr od niej nie ozdrowieje. A

kiedy umrze, bezpieczniej jest trzymać swoje rodziny i zwierzęta pod bokiem, żeby mieć do

czego wrócić.

Oczywiście mogło też być i tak, że Syn Wojny chce, aby Verdanno wjechali na Wyżynę.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги