W końcu jeńcy zeznali, że wyruszył wcześniej, licząc na dobry łup, więc nie powinien
próbować ich zatrzymywać za niezdobytą ścianą Olekadów; tempo marszu dyktuje mu
chciwość, woli dotrzeć na miejsce dopiero wtedy, gdy większość niewyobrażalnych bogactw
znajdzie się w zasięgu ręki. Może więc brak zwiadowców, poprzedzających jego plemiona, to
zwykła arogancja, bo wierzy, że i tak zdobędzie każdy obóz. A wtedy nie spodziewa się
ataku, Verdanno zaś mają realną szansę rozbić i odepchnąć go jednym, zaskakującym
uderzeniem.
Kocimiętka zgrzytnął zębami. Rozważania, wątpliwości, teorie... Psiakrew, gdy w czasie
wojny dowodził chorągwią, wszystko było prostsze, przychodziły rozkazy, siadało się na koń
i jechało do bitki. Gdy śmigał po Stepach na czele bandy desperatów, też nie myślał wiele o
przyszłych dniach, żyło się od łupu do łupu, od napadu do napadu. Inaczej się wtedy
smakowało świat, haustami, dławiąc się i wgryzając wściekle w każdą chwilę. W armii
odpowiedzialność zdejmowała mu z barków wojskowa hierarchia, w czasie zbójowania
własny kodeks, którego się trzymał, i świadomość ulotności życia bandyty. Dziś jesz i pijesz,
jutro karmią się tobą padlinożercy. Ale teraz...
Rzucił okiem na Leę, której myszowaty konik podrygiwał w śmiesznym kłusie, na
czarniawego Landeha, Niiara zagadującego właśnie do Verii i wciąż skupionego Jannego.
Odkąd zginęli jego bracia, nie miał nikogo, kogo mógłby nazwać rodziną, nikogo, czyja
śmierć by go obeszła, ale z nimi, z towarzyszami z czaardanu, byli tak blisko, że niemal
czytali sobie w myślach.
Lecz nie chodziło tylko o to.
Wszyscy uważali, że jest kimś w rodzaju zastępcy Laskolnyka. Wozacy zapraszali go na
narady, wysłuchiwali opinii, podpytywali o plany kha-dara. Czuł, że nawet jeśli źle odpowie
albo chociaż podzieli się z nimi niewłaściwą sugestią, to i tak dostosują do niej swoje plany.
Ciężar odpowiedzialności był jak skorupa z krępującej ruchy gliny, oblepiająca członki,
wciskająca w ziemię. Czy tak się czuł Laskolnyk? Cały czas zaplątany w intrygi i plany
przesuwające po mapie kontynentu całe narody i armie? Kocimiętka westchnął tak ciężko, aż
przyciągnął spojrzenie Lei.
– Co? – rzuciła z uśmiechem. – Tyłek odwykł od galopu? Starzejesz się? Mam w
sakwach dobrą maść, jeśli chcesz.
Pokiwał głową.
– Tak, właśnie marzę o tym, żebyś posmarowała mi tyłek maścią, którą wozisz ze sobą od
chwili, gdy matka odstawiła cię od piersi.
Wszyscy wiedzieli, że Lea ma w swoich sakwach najprzeróżniejsze rzeczy i jeśli nie
musi, to nigdy niczego nie wyrzuca. Po czaardanie krążyły legendy o tym, co też można w
nich znaleźć i kiedy tam trafiło.
– Dzień, w którym będę cię czymkolwiek smarować, będzie dniem twojego pogrzebu,
starcze – odgryzła się. – A ta maść jest najlepsza, sprzedał mi ją sam Hewrast.
– Czy on nie umarł pięć lat temu?
– Pięć? Nie więcej jak dwa, sklerotyku.
– Aha. Dwa... A nie mówił przypadkiem, jak długo można używać tego leku?
– Dobrą maść można używać latami. To jak? Chcesz, czy nie?
Tyłek... Niech będzie, że to tyłek mnie boli.
– No dobra – zgodził się. – A sprawdziłaś ją chociaż?
– Shawlenderowi pomogła.
Shawlender. Kocimiętka spojrzał z góry na konika Lei. Podobno wzięła to imię z języka
plemienia swojej matki, choć nie chciała powiedzieć, co znaczy.
– Czyli jemu smarowałaś tyłek, a mnie już nie chcesz?
– On jest od ciebie przystojniejszy. I nie ma cały czas takiej zasępionej miny.
Złowił kilka rozbawionych spojrzeń, które wymieniła reszta. Uśmiechnął się także
półgębkiem.
– W takim razie podziękuję. A teraz...
Za nimi rozległy się gwizdki, rydwany zwalniały szybciej, niż się spodziewał.
– Właśnie na to czekałem. Szykujcie się do rozbicia obozu. Lea, ty śpisz z ręką w ziemi,
na wszelki wypadek. Starajcie się odpocząć, bo coś mi mówi, że
do marszu na długo przed wschodem słońca. To będzie krótka noc, lepiej odpocznijcie.
Lea zrobiła zeza i zasalutowała mu kpiąco.
* * *
Obóz rósł w niesamowitym tempie. Po rampie zjeżdżał nieprzerwany sznur wozów,
głównie bojowych, które natychmiast ustawiano na wyznaczonych miejscach. Miały stworzyć
największy Rogaty Gród w historii, taki, który oprze się każdemu atakowi i pozwoli reszcie
karawan wjechać na Wyżynę.
W ich rodowym wozie odbywała się narada za naradą, a Key’la podawała wino, talerze z
jedzeniem, napełniała kubki, sprzątała ze stołu, czasem biegała z jakąś pilną wieścią. I
słuchała, słuchała, słuchała. Zarówno Emn’klewes Wergoreth,
ojciec oraz Has zdawali się traktować ją jak powietrze – w końcu czym dla mężczyzn
zajętych planowaniem wojny jest dziewięcioletnia dziewczynka, krzątająca się w milczeniu,
jak na dobrze wychowane dziecko przystało? Inni,