dowódcy oddziałów piechoty, nadzorcy stad i zarządcy zapasów, początkowo wydawali się
zdziwieni jej obecnością, lecz po chwili zapominali, że jest w pobliżu. Była czymś w rodzaju
ruchomego wyposażenia wozu. Gdy któryś nadstawiał kubek po dolewkę, pewnie myślał, że
wino wypełnia go magicznym sposobem.
Elastyczność. To słowo padało najczęściej, rzucane w każdym z trzech rodzajów mowy,
choć w każdym znaczyło coś innego. Z tego, co zrozumiała, od chwili nocnego ataku na
budowniczych rampy wszystkie plany musiały zostać ułożone od nowa. Pierwotnie
zakładano, że obozy będą się formować na dole, jeden za drugim, i od razu wyruszać w
drogę. Wszystko zaplanowano w ten sposób, by każda z pięciu wielkich karawan dotarła na
miejsce przeznaczenia mniej więcej w tym samym czasie i – jeżeli dobrze zrozumiała – by
mogły się nawzajem wspierać w marszu i walce.
Lecz teraz, wraz z wieściami o nadciągających koczownikach, wszystko się zmieniło.
Pierwsza karawana, obóz New’harr, ich obóz, nie mogła wyruszyć, nim nie przybędą co
najmniej dwie następne, bo musiałaby samotnie stawić czoła Se-kohlandczykom. Zamiast
szybkiego marszu, który pozwoliłby im zająć najważniejsze miejsca na Wyżynie, czekało ich
mozolne przebijanie się przez szeregi wroga, krok za krokiem, z kołami wozów po osie
uwalanymi we krwi.
To ostatnie zdanie padło z ust ojca, a ona spróbowała to sobie wyobrazić i wcale, ale to
wcale jej się to nie podobało.
Na dodatek Der’eko i bliźniacy pojechali na południe, na spotkanie – jak zdążyła się
domyślić, choć nikt nie chciał jej tego powiedzieć wprost – nadciągającej armii
koczowników. Wyruszyli na wojnę, a wszyscy zachowywali się tak, jakby nic się nie stało.
Eso’bar i Mer’danar służyli w załodze wozu bojowego, który jej rodzina wystawiła na tę
wyprawę. Ruk’hert i Det’mon, ubrani w ciężkie pancerze, stawali w szyku, ćwicząc pod
okiem swojego
koczownicy przedarli się przez zewnętrzną linię wozów. Przynajmniej tak jej to tłumaczyli,
lecz obaj nie potrafili kłamać, zresztą zbyt często widziała, jak stu czy dwustu tarczowników
tworzy pancerny czworobok. Co niby mieli zamiar zrobić z czymś takim wewnątrz obozu?
Możesz mieć dziewięć lat i nie wolno ci nosić
Obóz rósł i szykował się do bitwy. Zewnętrzne, bojowe wozy zamiast w równe linie
ustawiano w zębatego łamańca, zwanego Rogatym Grodem. Narożniki obozowiska
wydłużyły się w szpiczaste wyrostki, z prostych ścian wyrosły w regularnych odstępach
trójkątne szańce. Na to wszystko potrzeba było dwa razy więcej wozów niż na prosty mur,
lecz w którymkolwiek miejscu koczownicy ośmieliliby się uderzyć, zawsze znaleźliby się pod
krzyżowym ostrzałem. Eso’bar wyjaśnił jej to, gdy przyszła z poleceniem od ojca do
dowódcy ściany południowej. Zrozumiała to od pierwszego spojrzenia, linia obrony
wyglądała jak ostrze piły, każdy, kto zaatakowałby jeden wóz, miałby inne z boku, a niekiedy
także za plecami. Sprytne.
Pokręciła się chwilę, oglądając rzędy zaostrzonych pali wbijanych na przedpolu, ryte w
ziemi doły, ciężkie machiny montowane za linią wozów. Wszystko wyglądało sprawnie i
trochę przerażająco. Uznała, że gdyby była koczowniczką, na sam widok takiego obozu
zawróciłaby konia i pojechała do domu.
Rogaty Gród miał jedną wadę. Założenie go i zwinięcie zabierało trzy razy więcej czasu
niż każdego innego obozowiska. Dlatego też miała przeczucie, że skoro jej ojciec i
podjęli decyzję o takim właśnie ustawieniu, to koczownicy raczej nie zawrócą.
Czekała ich walka.
A ją, oprócz usługiwania w czasie narad, czekały i inne obowiązki. Wiklinowe płotki,
mające chronić burty wozów przed hakami, same się nie zrobią, podobnie jak pikowane
osłony na końskie grzbiety. Nee’wa, która wyraźnie zazdrościła, że to nie jej przypadł
zaszczyt podawania jedzenia i trunków starszyźnie obozu, tym razem nie była miłą siostrą i
zostawiała jej zawsze kilka dodatkowych wiązek wikliny do zaplecenia. Key’la
wykorzystywała więc każdą chwilę, by nad nimi popracować.
Tak jak teraz. Ojciec wyszedł na inspekcję pancernych ścian obozu, a ona najpierw
posprzątała wóz, a później, siedząc na schodkach, pracowicie splatała giętkie gałązki. Rogaty
Gród wymagał tysięcy takich ozdóbek. Wozy bojowe miały wysokie burty, chroniące
całkowicie strzelców, ale przez to stawały się bardziej wywrotne. Wiklinowe płotki miały
chronić je przed hakami, a ponieważ, jak podsłuchała przypadkiem, koczownicy jeszcze nie
widzieli tej sztuczki, powinna to być dla nich przykra niespodzianka. Od jej pracy mogło
zależeć czyjeś życie, więc starała się, najlepiej jak umiała.