I – rzecz jasna – był jeszcze on. Chłopiec. Nadal siedział na wozie przewożącym kuźnię,
nadal niemal się nie poruszał i nadal nic nie mówił. Ani słóweczka. Patrzył tylko na nią tymi
swoimi niesamowitymi oczyma, zjadał i wypijał wszystko, co mu przyniosła, i chyba przez
większość czasu spał, choć nigdy go na tym nie przyłapała. Na szczęście teraz nie miała
problemu ze zdobywaniem dla niego prowiantu, nawet Ana’we nie zdołałaby się doliczyć, ile
ich goście zjedli i wypili. Na dodatek zarówno ojciec, jak i bracia mieli tyle zajęć, że nikt nie
myślał o montowaniu kuźni, w końcu trudno, by
podkuwaniem koni. To były dobre okoliczności, dzięki którym on mógł się jeszcze jakiś czas
ukrywać. Ale wiedziała, że to nie będzie trwało wiecznie. Poza tym wyjechali z gór. Jeszcze
nie miała okazji mu o tym powiedzieć, zresztą ich rozmowy przypominały gadanie do konia,
ona otwierała usta, a on tylko patrzył. Mimo wszystko musiała z nim porozmawiać, bo może
nie życzył sobie wyjazdu w nieznane.
Na wojnę.
Sama przed sobą nie chciała się przyznać, że to słowo ją przerażało. Wojna. Krótkie,
dosadne, ostateczne. Jak jest wojna, to nie ma więcej nic. Trzeba się jej podporządkować
całkowicie, bez żadnych wyjątków, ludzie o niczym innym nie mówią i nie myślą. Widziała
to w obozie, wszyscy mężczyźni chodzili z bronią, większość kobiet też. Czujne spojrzenia,
precyzyjne ruchy, oszczędność w słowach i gestach. Znikło gdzieś piękno i płynność
cudownych historii, a nie dla wojskowych komend. Znikły szerokie uśmiechy, żartobliwe
pokpiwania, zabawy. Ostatnia noc po drugiej stronie gór, przerwana nagłym atakiem
koczowników, sprawiła, że wojna zawisła nad wszystkim, niczym zjawa odziana w
zakrwawiony całun.
Rodziny zabitych pochowały ich w płytkich grobach, wplotły żałobne wstążki w końskie
grzywy i złożyły Przysięgę Pomsty. Krew Verdanno znów wsiąkała w Wyżynę Lytherańską,
a choć starcie zakończyło się zwycięstwem, wszyscy wiedzieli, że to dopiero początek. Nawet
bliźniacy, choć dotąd zawsze mieli dla niej czas, przez ostatnie dni zmienili się, stali
poważniejsi, bardziej skryci. Gdy odwiedzali rodzinne wozy, ledwo raczyli rzucić okiem na
najmłodszą siostrę. A jeśli już otworzyli usta, nagle okazywało się, że znikli gdzieś Fen i Gen,
a pojawił się woźnica rydwanu i jego łucznik.
Mówili o wojnie, myśleli o wojnie, żyli wojną. Gdy opowiadali, jak ich Fala idzie pełnym
cwałem do ataku, oczy im płonęły, a w głosach pojawiał się dziki zachwyt. Dłonie jednego
mimowolnie układały się do chwytania lejców, drugiego do łuku. I wydawało się, że
najbardziej żałują, iż to nie oni brali udział w nocnym starciu z koczownikami.
Nie poznawała ich.
Westchnęła, przeplatając szczególnie oporną witkę. Czasem żałowała, że nie została na
Stepach wraz z większością starców i małych dzieci. Lecz nie mieli tam żadnych zaufanych
krewnych, lata życia w Lithrew nie pozwoliły odnowić więzi rodowych, więc ojciec
zdecydował się zabrać ją na wyprawę, mimo że dzieci w jej wieku było w całym obozie
ledwie kilkoro. Czuła się jak kulawe źrebię, które tylko obciąża tabun. Dlatego obiecała sobie,
że nie będzie płakać ani nie pozwoli, by ktokolwiek wykonywał za nią obowiązki, nawet jeśli
wojna, która nad nimi wisiała, powodowała u niej skurcz żołądka i rozpaczliwy łomot serca.
Musiała sama przed sobą przyznać, że była małym, paskudnym tchórzem.
A przecież wychowała się w Lithrew, miasteczku, w którym walka i śmierć majaczyły na
horyzoncie dzień i noc. Wystarczyło przejechać kilka mil i znajdowało się po drugiej stronie
granicznej rzeki, gdzie każdy mógł cię zastrzelić, bo był twoim wrogiem. Przeżyła też trzy
duże ataki na miasto, dwa pierwsze ledwo pamiętała, trzeci, gdy wszyscy walczyli z
Błyskawicami i czarami Pomiotników, wyrył się jej w pamięci obrazami całej rodziny z
bronią w ręku, nawet mama i siostry miały lekkie kusze i wpatrywały się z zaciętymi minami
w cienie wokół wozów, gotowe szyć do każdego, kto spróbowałby ich zaatakować. Ale
pamiętała też, że siedząc wtedy w kącie, przykryta dla ochrony kilkoma grubymi matami,
czuła się bezpieczniej niż teraz. Bo cała rodzina była razem, nawet jeśli ich nie widziała,
wiedziała, że są obok, w sąsiednich wozach, że będą walczyć z napastnikami i z pewnością
ich pokonają.
Oddałaby wszystko, by znów poczuć się w ten sposób, a przecież otaczały ją tysiące
wozów i dziesiątki tysięcy współplemieńców.
Ale wtedy to był po prostu napad, a teraz trwała wojna. A wojna, jak już zauważyła,
zmienia ludzi, zanim ci jeszcze przeleją krew.
Jeszcze raz westchnęła ciężko, zaplatając ostatnie gałązki. Kolejne trzy płotki stały oparte
o wóz, każdy szeroki na cztery stopy, wysoki na dwie, zwieńczony gęstwiną sterczących ku