górze witek. Całe popołudnie pracy, od której bolały ją podrapane i posiniaczone palce.
Przynajmniej miała świadomość, że załoga wozu, na którym je zamontują, będzie
bezpieczniejsza, oto cały pożytek z kulawego źrebięcia.
Rozejrzała się uważnie, ojciec raczej nie wróci zbyt prędko, przegląd ustawienia wozów
zajmował mu zawsze sporo czasu i jak się orientowała, wiązał się z ostrymi dyskusjami z
rozmieszczeniu tabunów, prędkości marszu. Teraz stopniowo przekazywał władzę
Emn’klewesowi Wergorethowi, którego zadaniem była obrona obozu. To on właśnie
zarządził ustawienie Rogatego Grodu, choć ojciec był przeciw, głównie ze względu na to, że
Gród nie pozwalał się zwinąć w czasie ataku wroga. Był jak kamienna twierdza: trudna do
zdobycia, ale wgryziona w ziemię. Ale taki też był Emn’klewes, solidny i stały jak skała, a
doświadczenia, jakie zdobył w czasie wojny i potem, w trakcie obrony wielkich obozów
założonych w Imperium, były bezcenne. Ich dyskusje trwały godzinami i kończyły się
zazwyczaj jakimś kompromisem, jak na przykład zostawieniem w kilku miejscach wozów
ustawionych w linie proste, by można było łatwo je usunąć i wypuścić karawanę albo
rydwany. Mogła jednak być pewna, że zanim osiągną porozumienie, słońce zacznie się
chować za górami.
Bracia bawili się w wojowników, Ana’we znów wystawiała się na sprzedaż, próbując
zdobyć uznanie babki Kar’dena, Nee’wa ćwiczyła gdzieś strzelanie z łuku. Zupełnie jakby
wszyscy zakładali, że rodzinne wozy można zostawić pod jej opieką. Miała jednak dość
rozumu, żeby wiedzieć, że to raczej lekceważenie, połączone z przekonaniem, iż jest
wystarczająco duża, by nie narobić kłopotów.
Podeszła do wozu z kuźnią i rozejrzawszy się jeszcze raz, wskoczyła do środka.
Czekał. Znów czekał i miała wrażenie, że czeka cały czas. Nigdy nie udało jej się
przyłapać go na spaniu, drzemce, czy choćby na jakimś gwałtownym poruszeniu,
towarzyszącym nagłemu przebudzeniu. Zawsze siedział nieruchomo, owinięty w pled, i
zawsze pierwszym szczegółem, który dostrzegała, były jego oczy. Dwie niebieskie latarenki
pod strzechą ciemnych włosów. Nie poruszał się na jej widok, nie wydawał żadnych
dźwięków, po prostu siedział i patrzył. Już jej nie obwąchiwał, wystarczyło mu spojrzenie, ale
nadal jego twarz pozostawała w całkowitym bezruchu. Zastanawiała się, czy gdyby do środka
wszedł ktoś inny, ten spokój byłby równie niewzruszony. Mimo wszystko stalowe szpony,
które miał na dłoni, rozrywały gardła, a ona sama widziała, jak skutecznie potrafi się nimi
posługiwać.
– Mam coś dla ciebie. – Wręczyła mu dwa podpłomyki i kawałek pieczeni.
Nadal jadł w dziwny sposób, odrywając kawałki pokarmu i wkładając je sobie do ust. A
kości, które każdy normalny człowiek ogryzałby zębami, on oskrobywał swoją morderczą
rękawicą. A potem miażdżył je w dłoni i wydłubywał ze środka szpik. Czasem kawałki nie
większe niż ziarno kaszy. Ale przynajmniej zjadał wszystko, co przyniosła, i z dnia na dzień
wydawał się mniej chory. Musiał też załatwiać się nocą, bo inaczej w całym wozie
śmierdziałoby już niemiłosiernie. Dzięki Białej Klaczy, że do tej pory nikt go nie odkrył.
Przynajmniej tyle.
– I jeszcze to. – Podała mały bukłak.
Ostatnio, w miarę jak spadała gorączka, chłopak pił jakby mniej, zawsze jednak
zachowywał się tak samo, ostrożnie wąchał wodę, brał pierwszy łyk do ust i trzymał go przez
chwilę, zanim połknął. Potem powolnymi, długimi haustami wypijał resztę i oddawał jej
naczynie. Nigdy nie próbował robić zapasów, a gdy kiedyś zostawiła mu bukłak, wiedząc, że
przez dwa dni nie będzie mogła do niego zajrzeć, nie wypił ani kropli, dopóki nie podała mu
go do rąk. Tak samo z jedzeniem, jeśli zostawiła jakieś w wozie, nie tknął, póki nie wręczyła
mu go osobiście. Zmuszało ją to do częstszych odwiedzin, ale w gruncie rzeczy nie
przejmowała się takimi sprawami. Dzięki temu miała się przynajmniej do kogo odezwać.
– Pokaż się.
Od jakiegoś czasu nie protestował już, gdy ściągała z niego okrycie i oglądała ranę.
Końska maść spisała się świetnie, rozcięcie goiło się niemal w oczach, znikło brzydkie
zaczerwienienie i nieprzyjemny zapach. Szczerze mówiąc, uważała, że całość goi się aż za
szybko, w tym tempie za kilka dni zostanie tylko blizna, ale nie znała się na tyle, by ocenić,
czy to normalne. Poza tym leki, których używali dla koni, były najlepsze na świecie. To
pewnie dlatego.
Okryła go pledem i uśmiechnęła się szczerze.
– Dobrze się goi. Już nie powinno się jątrzyć. Boli, jak się ruszasz?
Oczywiście nie odpowiedział. Popatrzył tylko na nią, przekrzywiając głowę.
– Och... Boli? – Wykonała kilka szerokich ruchów rękami, krzywiąc się dramatycznie. –