Boli, jak ruszasz, o tak?
Skoczył ku niej tak szybko, że ledwo zdążyła mrugnąć, i już trzymał ją jedną ręką za
dłoń, a drugą, tą nieuzbrojoną, dotykał. Plecy, kark, ramiona. Ze zdumienia nie zdążyła nawet
krzyknąć. Dotykał czubkami palców, wyraźnie czuła pięć punktów, gorących jak węgle
wyciągnięte z paleniska. I po raz pierwszy na jego twarzy widać było jakąś zmianę. Miał
bardzo skupioną, poważną minę, zmarszczone brwi, zmrużone oczy.
– A więc jednak potrafisz robić jakieś grymasy.
Początkowy przestrach minął, jego palce niemal parzyły, lecz wrażenie nie było
nieprzyjemne. Gdy tylko ją puścił, wyciągnęła rękę i dotknęła jego piersi, między
krzyżującymi się pasami.
– Ty! – stwierdziła dobitnie. – Czy ciebie coś boli? Tam. – Wskazała na jego ramię, gdzie
zaczynała się rana.
Odpowiedział. Jego lewa dłoń wykonała kilka skomplikowanych gestów, po czym
dotknęła własnej piersi, ust i czoła. Następnie zamachał rękami, dokładnie tak samo, jak przed
chwilą ona, lecz nie krzywiąc się ani na jotę, po czym usiadł na swoim miejscu, owijając się
pledem.
– To chyba znaczyło, że nie. To dobrze. Blizny lubią ściągać skórę i trzeba ćwiczyć, żeby
nie przeszkadzały w poruszaniu się.
Usiadła naprzeciwko.
– My wkrótce będziemy mieli wojnę, wiesz? Właściwie już ją mamy, walczyliśmy z
koczownikami i gdyby nie ci górscy żołnierze, którzy z nami szli, byłoby źle. Tak mówi
ojciec. A teraz Der’eko, Fen’doryn i Gen’doryn pojechali na południe na spotkanie z resztą
koczowników, a my zakładamy tutaj obóz i czekamy na wojnę. To chyba znaczy, że Rada nie
spodziewa się, żeby naszym rydwanom udało się powstrzymać Se-kohlandczyków, mam
rację? – Podciągnęła kolana pod brodę i objęła je rękami. – Boję się, wiesz? Cały czas się
boję, myślę, że bałam się, zanim jeszcze wyruszyliśmy, ale nie miałam okazji, żeby o tym
pomyśleć. Dopiero przedwczoraj, gdy nas zaatakowali, wiesz? Potrafiłam tylko kulić się pod
kocem i popłakiwać ze strachu. Gdyby to mnie napadnięto, przewróciłabym się na ziemię i
pozwoliła się zabić. Jestem strasznym tchórzem... Nie dam rady nikogo obronić, nikomu
pomóc... to mnie... to mnie trzeba będzie chronić.
Coś gorącego popłynęło jej po twarzy i ze zdumieniem stwierdziła, że płacze. To nie tak
miało być, chciała tylko powiedzieć mu, że powinien już iść, i trochę pogadać na koniec. A
teraz nagle, jakby ktoś potarł jej powieki sokiem z cebuli, łzy płynęły i nie potrafiła ich już
powstrzymać.
– Oni rozmawiają, wiesz? Przy mnie rozmawiają o tym, że ludzie będą walczyć i
umierać, co zrobić, jeśli koczownikom uda się złamać nasze linie, gdzie przenieść rannych,
gdzie pochować zabitych... Już liczą zabitych, wiesz? A ja mam czasem ochotę rzucić
wszystko na ziemię, wybiec z wozu i uciec. Mówią, że jestem za mała, żeby zrozumieć takie
rzeczy, jakby trzeba było mieć nie wiem ile lat, żeby zrozumieć, co znaczy człowiek przebity
włócznią. Boję się, boję się koczowników, wojny, śmierci, a najbardziej boję się, że gdy ktoś
będzie potrzebował mojej pomocy, to zwinę się w kłębek i zacznę piszczeć ze strachu. I że
ktoś... Nee’wa, Eso’bar, ojciec, przeze mnie umrze. Wiesz? Hej, to ja tu jestem beksą.
Bo on też płakał, bezgłośnie, z oczyma pełnymi smutku, mrugając co chwilę powiekami,
jakby zdziwiony swoją reakcją. Patrzył przy tym na nią tak bezbronnym, bezbrzeżnie
zdumionym wzrokiem, że mimo wszystko się uśmiechnęła.
– No nie, ty też? Ja płaczę, bo się boję, ale ty? Nie chciałabym być na miejscu kogoś, kto
spróbuje ci zrobić krzywdę, wiesz? – Pociągnęła nosem i uśmiechnęła się szerzej. – Mam
nadzieję, że nie zaraziłam cię tchórzostwem.
Przestał płakać, choć nie bardzo wiedział, co zrobić z łzami wilgocącymi policzki.
Wyciągnęła ramię i otarła mu je rękawem.
– Tak lepiej. Dwie beksy siedzące w ciemnym wozie to o jedną za dużo. Dobrze, że nikt
nas nie widzi.
Prawie roześmiała się na głos z tej ostatniej myśli. Oczywiście, dobrze, że nikt jej nie
widzi w towarzystwie półnagiego, niemego chłopaka, uzbrojonego w dziwaczne szpony,
którymi rozrywa ludziom gardła. Jeszcze by sobie pomyślał coś dziwnego.
Nabrała głęboko powietrza i wypuściła powoli, a potem uśmiechnęła się do niego samymi
oczami. Po tym płaczu i wypowiedzeniu na głos swoich lęków poczuła się lepiej.
– Dziękuję. Dobrze się z tobą rozmawia, wiesz? Ale my... my jesteśmy już na wyżynie.
W domu. To nie jest miejsce, gdzie się spotkaliśmy. Nie wiem, czy powinieneś z nami
jechać... ciężko będzie ci wrócić w góry, dopóki nasi będą zjeżdżać po rampie, ale gdy już
przestaną, powinieneś odejść... Tak sądzę... tutaj... nie masz nikogo... Dobrze?
Nie odpowiedział, przekrzywił tylko głowę, jakby czegoś nasłuchiwał. Nagle zerwał się,
stalowe pazury zazgrzytały, gdy kilka razy zacisnął i rozprostował pięść.
– Co się sta...
Nad obozem wybuchł głęboki dźwięk bitewnego rogu.
Zaczęło się.
Rozdział 2