Korzystając ze światła księżyca, poderwali się do marszu dobre kilka godzin przed

wschodem słońca. W półmroku rydwany sunęły przez równinę jak fala czerni pędząca przez

świat cieni. Żadnych świateł, lamp, pochodni. Konie szły kłusem, i choć zdawało się to

niemożliwe, zachowywały szyk. Kocimiętka uznał, że to odpowiednie tempo, zwierzęta się

nie zmęczą, a na obóz koczowników powinni się natknąć tuż przed świtem – i, do licha,

raczej im nie groziło, by go przegapili.

Uwzględniając, ilu ludzi wiódł Danu Kredo, obozowisko Se-kohlandczyków powinno

być bardzo rozległe, przynajmniej na milę albo półtora. I rzecz jasna będzie strzeżone, lecz

tak duża masa ludzi ma równie dużą bezwładność. Nawet jeśli strażnicy ich dostrzegą, to nim

alarm dotrze do wszystkich, nim a’keery wskoczą na konie i zajmą pozycję, piechota będzie

już atakować główny obóz, a rydwany szturmować jego serce. Bo plany Verdanno wyglądały

jednak inaczej, niż się spodziewał.

W verdańskiej armii wszczął się ruch. W ciemnościach Wozacy posługiwali się tak

popularnymi na Wschodzie metalowymi, kościanymi lub drewnianymi gwizdkami, choć

sygnały, których używali, były całkiem inne od tych stosowanych przez meekhańską jazdę.

Teraz jednak wystarczyła seria cichych świstów, by rydwany pośrodku zaczęły zwalniać, a te

po bokach przyspieszać, aż całość rozłożyła ciemne skrzydła, niczym gigantyczna, półmilowa

bestia. Po kilku chwilach kształt rozdzielił się na trzy mniejsze części i każda z nich zaczęła

się oddalać od pozostałych.

Szaleństwo i brawura. Albo odwaga i geniusz militarny. Wszystko zależy od tego, czy ich

plan się powiedzie, czy nie.

Verdanno, te dzikie, opętane dzieciaki dowodzone przez garść starców, zamierzali

zaatakować obozowisko Se-kohlandczyków rydwanami.

To znaczy, jak się dowiedział na wczorajszej naradzie, mimo wszystko chcieli wjechać do

środka i rozpętać tam piekło. Koczownicy obstawiali swoje obozy wozami, zza których

łatwiej się bronić, i po to właśnie była Wozakom piechota – miała uderzyć na wozy, zdobyć

je i rozsunąć.

Kyh Danu Kredo zakładał obozy na sposób wojskowy, co pozwalało mu szybko i

sprawnie je rozbijać i zwijać. Olbrzymi krąg pojazdów otaczał wnętrze, w którym w

wydzielonych miejscach stały namioty poszczególnych plemion i szczepów, a centralną

pozycję zajmowali Jeźdźcy Burzy i sam Syn Wojny. Całość podzielono na ćwiartki, które

oddzielały od siebie aleje, szerokie na kilkadziesiąt kroków, dzięki czemu jazda mogła

swobodnie przemieszczać się wewnątrz. To był klucz do sukcesu Wozaków. Krzyżujące się

pośrodku aleje, po zdobyciu barykady z wozów, miały ich zaprowadzić wprost do serca

koczowniczej armii.

Jeśli oczywiście koczownicy nie zmienili swoich przyzwyczajeń.

Zabicie Kyh Danu Kreda i zdziesiątkowanie Błyskawic zmusiłoby jego plemiona do

wycofania się, między wodzami były zbyt duże niesnaski, by szybko wybrali nowego

przywódcę, który i tak musiałby zyskać akceptaqę Yawenyra, by przybrać tvtuł Syna Wojny.

Niedźwiedzia można zabić setką strzał – albo jednym, precyzyjnym pchnięciem w żywotny

organ. Z tym że wtedy myśliwy powinien znaleźć się bardzo blisko zwierzyny, ale sława jest

wprost proporcjonalna do ryzyka.

Do ciężkiej cholery! Musiał przyznać, że ten plan mu się podobał. Miał w sobie coś z

dzikiej, kawaleryjskiej fantazji, przypominał czasy wojny, gdy w takich właśnie atakach

wykuwała się ostatecznie konna armia Imperium. To było bardzo meekhańskie, obserwować

wroga, uczyć się, by w odpowiedniej chwili zdać przed nim egzamin. Po bitwie o Meekhan,

gdy gnali zdziesiątkowaną koczowniczą hordę na Wschód, pojedyncze pułki, czasem nawet

chorągwie, uderzały na dwu-, trzykrotnie liczniejszego przeciwnika, rozpędzały tabuny koni,

odbijały jeńców, miażdżyły szybkimi atakami zaskoczone obozowiska. Koczownicy nagle

odkryli, że nie są jedyną armią zdolną do szybkich manewrów, nagłych zwrotów i pojawiania

się tam, gdzie nikt ich się nie spodziewa. I Verdanno próbowali tego samego. Tym razem

zamierzali uniknąć mozolnej wędrówki pancernych kolosów, jakimi były wielkie karawany,

szarpanych, wykrwawianych i kolejno powalanych przez zwinne watahy konnych. Wybrali

strategię szybkich ataków i zaskakujących manewrów.

Tak. Mogło się udać. Jeszcze chwila i zajmą pozycje do ataku. Uderzą z trzech stron,

czwartą aleję i wyjście z obozu zostawiając wolne, by koczownicy mieli jak uciec. To też była

część planu, dzięki temu unikną walki ze zdesperowanym, przypartym do muru wrogiem,

który będzie miał przewagę liczebną. A gdy większa część mieszkańców ucieknie, nikt nie

przeszkodzi Wozakom w podpaleniu wszystkiego wokół i wycofaniu się.

Jego szóstka jechała z tyłu. Tak uzgodnili pod koniec narady i szczerze mówiąc, nie kłócił

się zbytnio z tą decyzją. Większość młodych Wozaków zmierzała do swojej pierwszej bitwy i

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги