będą pamiętać tylko jedno – każdy konny to wróg. Głupio byłoby przebić się przez Olekady i
wkroczyć na Wyżynę Lytherańską, żeby zginąć od przypadkowej strzały albo dzirytu. A
gdyby...
zawrócić i pędzić na północ ile sił w końskich nogach. Obozy muszą wiedzieć.
To było rozsądne i mądre. Poza tym miał ochotę przyjrzeć się tej walce z pewnej
odległości.
Rozległy się ciche gwizdy i rydwany, którym towarzyszyli, zaczęły zwalniać, formując
jednocześnie kilka długich kolumn, równych jak na paradzie. Pokiwał z uznaniem głową,
gdyby zechcieli wskoczyć na siodła, to przy swojej miłości do koni i niemal magicznej więzi,
jaka ich łączyła ze zwierzętami, raz-dwa zostaliby najlepszą jazdą świata. Tylko że wtedy
najpewniej poszliby drogą większości konnych ludów, a Meekhan trząsłby się pod
uderzeniami kopyt ich wierzchowców. Jednak lepiej mieć tych ciemnoskórych drani za
sojuszników niż wrogów.
Wjechali na szczyt niewielkiego wzniesienia, przed nimi otworzyło się olbrzymie,
szerokie przynajmniej na pięć mil wgłębienie, na środku którego rozsiadł się obóz
koczowników. Nic dziwnego, że go wcześniej nie widzieli, był bardzo dobrze ukryty przed
niepowołanymi oczami. Rozejrzał się, usiłując dostrzec coś w półmroku. Rydwany z
oddziałów po lewej i prawej powinny już zająć swe pozycje.
Obozowisko koczowników było bardziej zwarte, niż się spodziewał, miało jakieś pół mili
szerokości. Zza wąskiej obręczy wozów wychylały się szczyty setek namiotów. Całość
wyglądała na pogrążoną w głębokim śnie.
Zbliżał się świt, niebo na wschodzie zaróżowiło się wyraźnie i wreszcie dostrzegł resztę
rydwanów, wyrównujących głębokie linie w przypisanych im miejscach. Wszystko było
gotowe. Wkrótce słońce wypełznie nad horyzont, a światło przepędzi cienie ze świata. To ten
czas, kiedy strażnicy są najbardziej rozluźnieni, bo ledwo minuty dzielą ich od końca warty.
Lada chwila cały obóz zacznie się zrywać na nogi, a zrobi to wcześniej, jeśli któryś z
wartowników omiecie krawędź niecki półprzytomnym spojrzeniem i zauważy ciemne plamy
zwartych oddziałów, które jakimś cudem tam wyrosły.
Kocimiętka patrzył, jak
samym momencie pozostałe grupy drgnęły i skierowały się ku Se-kohlandczykom. Najpierw
powoli, ledwo stępa, porządkując jeszcze szyk, z lekkimi rydwanami na skrzydłach i
ciężkimi, niczym twardy rdzeń, skupionymi pośrodku. Piechota, stojąca z tyłu pojazdów,
zarzucała tarcze na plecy i trzymając się poręczy, gotowała do szybkiego zeskoczenia. Od
nich zależeć będzie powodzenie pierwszej fazy ataku. Zdobyć wozy, wyrwać dziury w
pancerzu chroniącym miękkie, żywotne wnętrze, otworzyć drogę rydwanom. A potem liczyć
na to, że atak się powiedzie, bo jeśli nie, to nikt ich stamtąd nie zabierze.
Powodzenia, bękarty.
Od centrum niecki powiał lekki wiaterek. Cała szóstka niemal jednocześnie wciągnęła
powietrze, smakując je, i niemal jednocześnie wymieniła zaniepokojone spojrzenia.
– Lea...
Nie musiał tego mówić, dziewczyna już zeskoczyła z siodła, już dźgała ziemię sztyletem i
wciskała dłonie w powstały otwór.
– Janne?
– Szukam. – Chłopak miał przymknięte oczy. – Ale w pobliżu nie ma żadnych nocnych
ptaków.
– Lea?
– Już... już... juuuuż... – wydyszała. – Dwie mile... ciężar wozów... namioty... ludzie...
stu? Dwustu... czekają... pusto... pusto... setka koni... pusto... Bele słomy... suchych badyli...
smak... ziemnego oleju... To pułapka!
– Niiar, Veria, zatrzymajcie środek! Cwał!!! Janne, Landeh, wy lewe skrzydło! Lea,
wskakuj na konia i zatrzymaj prawe. Już! Już! Cwał!!!
Ruszyli. Rydwany znajdowały się w połowie drogi, właśnie przechodziły do lekkiego
kłusu, obóz pozostawał cichy i spokojny, ale to nic dziwnego, zważywszy, że był jedną
wielką, przeklętą przez bogów pułapką.
Powinni się domyślić w chwili, gdy nie ujrzeli wokół obozu żadnych stad. Ale moment,
gdy przybyli, był najlepszy do ataku, więc mało kto zastanawiałby się, co jest nie tak. Dopiero
gdy powiał wiatr... Tysiące namiotów, dziesiątki tysięcy ludzi... Na Wschodzie mieli
powiedzonko, jak zgubiłeś drogę w stepie, idź za nosem. Na wyprawach rozpalali ogniska z
końskiego lub bydlęcego nawozu, małe i dające niewiele dymu, a i tak wiedzieli, że z wiatrem
będzie je można wyczuć na setki jardów. Rozległe obozy, gdzie palono tysiące ognisk, dało
się wyczuć na wiele mil, i to długo po tym, jak ognie wygaszono. Do tego dochodził zapach
ludzi, zwierząt, wyprawionych skór, gotowanego jedzenia. Znał takich, którzy przechwalali
się, że potrafią na podstawie tych woni określić nie tylko, gdzie znajduje się obozowisko, ale
też jak jest duże.
Ten obóz nie śmierdział niczym. Jakby był martwy.