Więc cwałowali teraz za oddalającymi się Verdanno, wrzeszcząc i wymachując rękami.
Cokolwiek przygotowali dla nich koczownicy, na pewno nikt z tych, którzy wjadą do
obozowiska, nie będzie tym zachwycony.
Kocimiętka pędził za Leą, choć jego bojowy ogier nie mógł równać się z jej myszowatym
konikiem, i czuł podchodzącą do gardła kulę żółci. Wiedział, że Niiar i Veria dopadną środek,
mieli do przebycia ledwo pół mili, a Wozacy szli ciągle lekkim kłusem, lecz skrzydła były
zbyt daleko. Zbyt daleko nawet dla prędkonogiego demona szybkości, jakiego dosiadała Lea.
Jeśli żaden z Verdanno nie obejrzy się w bok, nie dostrzeże cwałujących ku nim jeźdźców i
nie skojarzy, że coś jest nie tak, nie zdążą...
Nie zdążą.
Wstrzymał konia, zeskoczył na ziemię i pobiegł dalej. Wielki lew pojawił się tuż przed
nim, jak zawsze, gdy było trzeba. A z nim wspomnienia rozległych równin, nieprzeliczonych
grzbietów rogatych trawożerców, cieni przycupniętych u stóp rozłożystych drzew.
Przepraszam.
Lew przykucnął na tylnych łapach, sprężył się i skoczył. W tej samej chwili Kocimiętka
dał susa do przodu i znów było tak, jakby lecieli ku sobie, na spotkanie niewidzialnej
płaszczyzny, która pochłonęła ich, obróciła na nice i wypluła, z tym że teraz miał już cztery
potężne łapy, płowe cielsko, płuca jak miechy i wzrok, który wyławiał z otoczenia
najdrobniejsze szczegóły.
Bieg. Trzeba biec, żeby zatrzymać konie i ludzi.
Minął pojedynczego jeźdźca, którego zwierzę było naprawdę szybkie, prawie tak szybkie
jak on, pojawiła się przelotna myśl, myśl-duma, myśl-ciepło, że to członek stada i że gdyby
mieli ścigać się dłużej, to przegrałby pewnie nawet on. Lecz teraz, na krótkim dystansie, był
szybszy.
Poczuł to, silny, szybki podmuch wiatru za sobą, myśl-szczęście, myśl-radość, wskoczył
w sam środek podmuchu, posłał naprzód swój zapach, zapach polującego, biegnącego
drapieżcy. Myśl-rozbawienie – nie tak się poluje... I druga myśl-rozbawienie – tak też nie...
po czym wydał z siebie przerażający ryk, tnący noc jak diament.
Dźwięk uderzył w sunącą kolumnę i od razu zwichrzył jej czoło, stępił je, przyhamował.
Konie mogły być szkolone do walki z ludźmi i innymi końmi, mogły znieść ciosy szabel i
włóczni, wytrzymać deszcz spadających strzał, lecz ten ryk i sunący z wiatrem zapach zagrały
na instynktach, które najtrudniej wykorzenić. Niosły ze sobą zapowiedź pazurów drących
ciało, kłów zaciskających się na gardle, prutych żywcem wnętrzności. Niosły, zapisane w
ciele i krwi, wspomnienia z czasów, nim pierwsi ludzie napotkali pierwsze konie, gdy wielkie
koty polowały swobodnie wszędzie tam, gdzie paśli się roślinożercy. Zadziałał odruch – nie
biec tam, skąd dochodził ten ryk i ten zapach.
Kolumna złamała szyk, czoło skręciło w prawo, byle dalej od drapieżcy, niektóre
zwierzęta próbowały oderwać się od reszty, inne – zawrócić, woźnice usiłowali utrzymać
odstępy, lecz na kilka chwil nawet bojowe konie Verdanno, od źrebaka szkolone do walki,
wypowiedziały im posłuszeństwo. Instynkt okazał się silniejszy. W kilka uderzeń serca cała
precyzyjna konstrukcja rozpadła się i zmieszała.
Ryknął jeszcze raz, trochę dla zabawy, lecz bardziej by ludzie zwrócili się we właściwą
stronę. Mało prawdopodobne, żeby dostrzegli jego płową sylwetkę ukrytą w cieniach, lecz
konia Lei i jego wrzeszczącą i wymachującą rękoma panią musieli spostrzec. I lepiej, żeby w
tym oddziale znalazł się ktoś z głową na karku.
W kilka chwil po tym, jak setki twarzy zwróciły się w stronę cwałującej dziewczyny,
rozległy się świdrujące uszy gwizdy i całość zaczęła zwalniać, w biegu porządkując szyk.
Westchnął głęboko, odnalazł mężczyznę siedzącego w kucki pod zalanym słońcem
drzewem i skoczył mu na spotkanie.
To była krótka wymiana, ledwo kilkadziesiąt uderzeń serca i powrotowi nie towarzyszył
myślowy zamęt, którego najczęściej doświadczał, gdy wymieniali się na dłużej. Czasem, gdy
pozostawał kotem przez kilka godzin, myśli-uczucia, myśli-emocje pojawiały się coraz
rzadziej, zdolność zapamiętywania i kojarzenia faktów rozmywała się w emocjach i
odruchach drapieżcy. Był niemal pewien, że gdyby zbyt długo przebywał w pożyczonym
ciele, to on – Sarden Waedronyk, znikłby, a po Stepach wędrowałby co najwyżej wielki
kocur, którego czasem nawiedzałyby dziwaczne sny. Teraz niemal od razu odnalazł się w
ludzkim ciele, w ludzkim sposobie myślenia i patrzenia na świat. Westchnął głęboko, zrobił
kilka kroków, obserwując, jak odległa o dwieście jardów kolumna rydwanów porządkuje szyk
i zatrzymuje się. Zdążyli.
Oni tak, lecz Janne i Landeh nie.
Trzeci oddział Wozaków uderzył na obóz z przeciwnej strony. Najpierw nie stało się nic,
jakiś odległy krzyk, coś niby szczęk żelaza, krótkie, urwane końskie rżenie. A potem nagle
dziki wrzask, tak potężny, że przeleciał nad obozem i dotarł aż do nich, i tętent tysięcy kopyt