walących o ziemię w szalonym cwale oraz najdzikszy, najbardziej przerażający odgłos, jaki

Kocimiętka słyszał w życiu. Jakby milion wściekłych doboszy uderzyło w milion metalowych

balii.

Wsadził palce w usta, zagwizdał krótko, przywołując wierzchowca. Koń boczył się i

pokazywał zęby, jak zwykle po zamianie, ale podbiegł. W chwili, gdy Kocimiętka znalazł się

w siodle, obóz rozbłysnął światłem.

Nie był to pojedynczy płomień, lecz dziesiątki ogni roznieconych jednocześnie. Lea miała

rację, wewnątrz zostały przynajmniej dwie setki ludzi, i teraz ci jeźdźcy robili to, co mieli

zamiar zrobić Verdanno, szaleli po obozie, wymachując pochodniami i podpalając wszystko

to, co przygotowano dla spodziewanych gości. Bele słomy, wiązki chrustu i faszyny i ułożone

przemyślnie, polane olejem ziemnym kłody.

Ci z Wozaków, którzy wdarli się do środka, nie mieli szans. Ogniska, rozpalane w

precyzyjnie wybranych punktach, odcinały im drogi ucieczki, zupełnie jakby wewnątrz pełzał

ognisty wąż, pożerający własny ogon; nagle, dosłownie w kilka chwil, krąg ognia odgrodził

całe centrum i zaczął zagarniać wnętrze. Płomienie mknęły z jednej sterty suszu na następną,

karmiły się specjalnie przygotowanymi belami słomy, błyskawicznie przeskakiwały na rowy

wypełnione kawałkami drewna i olejem. Tam, gdzie ogień trafił na szczególnie smakowity

kąsek, buchał w górę na dziesiątki stóp, śląc na wszystkie strony snopy iskier.

Nagle nad ryk płomieni wzbiło się rozpaczliwe rżenie wydawane przez setki końskich

gardeł. Kocimiętka widział raz pożar stajni i słyszał, jakie dźwięki wydają z siebie płonące

żywcem zwierzęta, ale tym razem miał wrażenie, że ktoś złapał go za serce i ścisnął.

Kilku woźniców z powstrzymanego skrzydła wyrwało się naprzód, ale ostre gwizdki

osadziły ich w miejscu. Nic nie można było zrobić.

Kocimiętka podjechał do czoła kolumny, odszukał najstarszego Verdanno.

– Kto tu dowodzi?

– On. – Wozak wskazał młodego mężczyznę w kolczudze i stalowym hełmie. Kocimiętka

znał go.

– Der’eko. Hej! Popatrz tu!

Pierworodny syn kowala oderwał wzrok od płomieni i przez chwilę wydawało się, że nie

wie, na kogo patrzy.

– Sarden... oni... ja...

W Kocimiętce obudził się oficer. Znał takie spojrzenie, widział je u młodych żołnierzy,

którzy w pierwszej bitwie tracili przyjaciół.

– Dość! Nie pomożesz im! Czas na żałobę będzie później! Rozumiesz?

Młody Kanewey zamrugał, potrząsnął głową i po chwili wyglądał tak jak zwykle przez

ostatnie miesiące: niczym młodsza, posępniejsza wersja swojego ojca. Kocimiętka

uśmiechnął się w duchu. Szybko się otrząsnął, dobrze, jeszcze będzie z niego dowódca.

– Dobrze, że zatrzymałeś atak.

– Lei prawie nie było widać, ale tę jej beczułkę na nogach rozpoznam wszędzie. – Wozak

wskazał nadjeżdżającą dziewczynę. – I jeszcze ten lew...

Jeździec wzruszył ramionami.

– To dzikie tereny, pewnie próbował coś upolować i go spłoszyliście. A teraz wasza kolej

na polowanie.

– Nasza?

– Ci, co podpalili obóz, jeszcze z niego nie wyjechali. Skinięcie głowy, gwizdek.

Rydwany ruszyły, otaczając płonące obozowisko.

Lea podjechała stępa, słowem nie komentując faktu, że jej konik wyraźnie nie miał

ochoty zbliżać się do Kocimiętki.

– Ilu mogło wjechać do środka?

– Fala? Może mniej. Janne i Landeh powinni powstrzymać choć część. Słyszałaś ten

hałas?

– No pewnie. Jakby grad walił o miedziany dach. – Lea zerknęła na płonący obóz,

zacisnęła zęby. – Sucze syny, ja bym ich...

– Okazali się sprytniejsi, Lea. Pewnie już są pod górami.

– To ma mi pomóc?

Sięgnęła po łuk, wyciągnęła z kołczanu kilka strzał, jedną założyła na cięciwę, pozostałe

złapała dłonią trzymającą majdan.

– Wiem, co mi pomoże, Sarden.

Uśmiechnął się, złapał jej konia za uzdę i przytrzymał.

– Puszczaj.

– Nie, dziewczyno. Oni będą strzelać do każdego, kto jest w siodle. Nie pojedziesz

walczyć.

– Puszczaj!

– Nie. To rozkaz. A teraz patrz.

Jakieś dwieście jardów od nich krąg wozów pękł i wypadła z niego grupa jeźdźców.

Może ze dwa a’keery. Lea nie wytrzymała, posłała im trzy strzały, bez widocznego rezultatu,

a koczownicy już szli galopem, już zwierali szyk, by przebić się przez otaczające obóz

rydwany i zniknąć w stepie.

Drogę zagrodziła im pojedyncza Fala. Wozy jechały luźno, w odstępach wystarczająco

szerokich, by konni przemknęli między nimi i uciekli. I nagle... tysiąc pijanych doboszy

dorwało się do tysiąca metalowych balii. Dźwięk wybuchł bez ostrzeżenia i nawet koń

Kocimiętki skulił uszy i parsknął przestraszony.

A rydwanom wyrosły skrzydła. Za każdym pojazdem rozwinęło się kilka łopoczących

wstęg, w ostrych kolorach – czerwonym, żółtym, białym, pomarańczowym. Szerokie na dwie

stopy, długie na dwadzieścia, zwężające się ku końcom, furkoczące wściekle i trzaskające

niczym końcówka bata.

Konie Se-kohlandczyków zaczęły rżeć, hamować, boczyć się i przysiadać na zadach.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги