Żadna siła na świecie nie zmusiłaby ich do zbliżenia się do tej piekielnie hałasującej,
wielobarwnej, ruchliwej przeszkody, która nagle zakręciła i owinęła się wokół próbującego
uciekać oddziału.
– Nazwaliśmy to Jedwabnym Kręgiem. – Awe’aweroh Mantom podjechał do nich
niezauważenie, co uwzględniając panujący hałas, nie było wielkim wyczynem. – Surowy,
barwiony na różne kolory jedwab, łopoczący i turkoczący jak proporzec na szczycie lancy.
Kosztowało nas to majątek, ale było warto. Konie są wystarczająco inteligentne, by bać się
nowych rzeczy.
– Ludzi by to nie zatrzymało.
– I co to mówi o naszej mądrości? –
Fali, bo okazałem się głupcem. Patrzcie.
Pędzące po okręgu rydwany zacieśniły szyk, a ich łucznicy zaczęli strzelać. Koczownicy
próbowali się bronić, ale jeszcze nikomu nie udała się sztuka celnego strzelania z grzbietu
konia, który na zmianę kręci się wkoło i próbuje wierzgać. Metaliczny łoskot był ogłuszający.
– Skąd ten hałas? Nie wierzę, że same proporce...
– Stąd. – Starszy Wozak przesunął coś nogą i między szprychami jego rydwanu pojawiła
się stalowa listwa. – Dźwięk to też broń. Nasze konie już się go nie boją, ale jak walczymy z
takimi nieprzywykłymi... Sam widzisz.
Wnętrze Jedwabnego Kręgu pustoszało. Ostatni jeźdźcy zeskoczyli wreszcie z koni i
napięli łuki. Rydwany złamały szyk i po prostu ich stratowały.
– Surowy jedwab lepi się do strzał. – Awe’aweroh patrzył, jak rydwany zatrzymują się, a
ich załogi raz-dwa dobijają rannych. – Może jedna na pięć przebije swobodnie zwisającą
płachtę. To dodatkowe zabezpieczenie, gdy jedziemy w szyku. A teraz pojedziemy szybko,
bez odpoczynku. Orne jest wściekła i lepiej, żebym szybko dał jej coś do podpalenia. A wy...
Możecie jechać z nami. Wasze konie dadzą radę?
Skinęli głowami, a on po prostu zawrócił rydwan i ruszył ku reszcie Wozaków, wydając
gwizdkiem komendy. Lea uśmiechnęła się kwaśno i schowała łuk.
– Nie ma za co, wysuszony capie.
* * *
Koń parsknął krótko, rozstawił szerzej nogi i było jasne, że dalej nie pójdzie. Brzuch miał
wzdęty, sierść zmatowioną, robił bokami. Daleko mu było do tego dumnego, smukłego jak
szlachetny jeleń zwierzęcia, które podarował im syn hrabiego. Trzy dni i trzy noce wędrówki
w górach, nieustającej wędrówki coraz dalej na północny wschód, nie powinny aż tak go
zeszkapić, ale wykorzystując chwilę nieuwagi Dagheny, nażarł się jakichś podejrzanych
chwastów. Okazało się, że zielsko, którym mógł się pożywić górski kucyk, jest zupełnie
niestrawne dla bojowego ogiera.
Jego brzuch przypominał teraz bęben, skóra wyglądała, jakby miała pęknąć, wzdęte
trzewia najwyraźniej naciskały na płuca, bo ogier dyszał jak po zabójczym cwale. Ślinił się i
puszczał bąki.
Rozsiodłały go, przekładając rząd na grzbiet pociągowego zwierzęcia i wyrzucając
damskie siodło. Właściwie powinny zostawić chore zwierzę, ale w tym stanie wierzchowiec
nie potrafiłby obronić się nawet przed stadem zdziczałych kundli. Nie mogły tego zrobić.
Zresztą nie spowalniał ich zbytnio. Droga zrobiła się wyjątkowo nieprzyjazna dla koni,
wąskie skalne półki, leśne ścieżki, którymi wędrowała tylko dzika zwierzyna, szczeliny w
skałach, jakieś dziwaczne, ukryte przed ludzkim wzrokiem szlaki, to wszystko sprawiało, że
częściej wędrowały pieszo, ciągnąc zwierzęta za uzdy, niż jechały wierzchem. Gdyby nie to,
że Laiwa zachowywała się jak bezwolna kukła, od czasu do czasu tylko wskazując im drogę,
już dwa dni temu, nim doszło to tego nieprzyjemnego incydentu z zielskiem, rozsiodłałyby i
wypuściły konie. Lecz wtedy musiałyby prowadzić szlachciankę pod rękę, pilnując każdego
jej kroku, bo po zejściu z końskiego grzbietu dziewczyna albo stała bez ruchu, albo zaczynała
się błąkać po okolicy, wędrując bez celu. Jedynie na pytania o drogę ożywiała się trochę, jej
twarz nabierała jakiegoś wyrazu, brwi się marszczyły, w oczach pojawiał błysk świadomości.
Później znów uciekała do środka, do wnętrza własnej głowy, w bezpieczne miejsce.
Dla Kailean nie było to nic nowego, sama, gdy bandyci zabili jej rodzinę, gdy już
zapłaciła im za to krwią i opadły emocje, szukała schronienia w takim miejscu. Nie myśleć,
nie czuć, pogrążyć się we śnie na jawie, pić, gdy dadzą ci kubek pod nos, jeść, gdy włożą
strawę do ręki, spać z otwartymi oczami. I nie wspominać, wyprzeć z pamięci każdy ślad
straty, bo inaczej człowiek zwinie się w kłębek i będzie wył do nieba, rozdrapując twarz
pazurami.
Rodzina And’ewersa otoczyła ją opieką, dała czas na żałobę, a potem stopniowo, krok po
kroku, wciągnęła w wir własnego życia. Ale Kailean i tak potrzebowała roku, nim znów się
szczerze uśmiechnęła, szczerze, to znaczy, jak mówiła ciotka, twarzą i sercem.
Lecz Laiwa nie miała nikogo, komu mogłaby się wypłakiwać w nocy, ani nikogo, kto