robiłby jej głupie kawały, żeby tylko wywołać jakąś reakcję. Zresztą Kailean nie chciałaby
zostać jej powierniczką. Ta dziewczyna siedziała w samym środku pajęczyny śmierci i chaosu
oplatającej całe te góry, może nie była pająkiem, ale patrzyła obojętnie na to, co się dzieje,
mimo że najwyraźniej wiedziała, kto i w co gra. I jak to powstrzymać. Po najbliższym
noclegu zostanie im dzień i noc wędrówki, a potem zawrócą i spotkają się ze ścigającymi je
żołnierzami.
I niech Szczury się nią zajmą.
Choć wciąż miała nadzieję, że jednak dotrą tam, gdzie Sainha kazała im dostarczyć swoją
panią.
Kailean musiała sama przed sobą przyznać, że to jeden z powodów, dla których
zdecydowała się kontynuować tę eskapadę, mimo że Laskolnyk zmyje jej za to głowę. Gdyby
zaraz po wyjechaniu z zamku złamały dane słowo i wydały dziewczynę Szczurzej Norze, to
nigdy, przenigdy nie dowiedziałyby się, o co w tym chodzi. Sainha mówiła o bezpiecznym
miejscu, a jakie miejsce może być bezpieczne dla kogoś, na kogo poluje Wywiad
Wewnętrzny, Górska Straż i banda dziwacznych indywiduów, posługującymi się
niezrozumiałymi Mocami? Jeśli gdziekolwiek kryły się odpowiedzi na pytanie, o co tu
chodzi, to tylko tam. A gdyby Szczury dostały Laiwę w łapy wcześniej, niż uciekinierki dotrą
w tamto miejsce, to ona, Kailean-ann-Alewan, do końca życia zastanawiałaby się kto, po co,
dlaczego i w jakim celu.
Rzecz jasna dane słowo także zobowiązywało, obiecały poświęcić na tę wędrówkę cztery
dni, więc lepiej, żeby arystokratka wiedziała, gdzie idą.
Bojowy wierzchowiec rozstawił szerzej nogi, uniósł ogon i pierdnął długo i głośno
niczym grzmot. Po czym sapnął z wyraźną ulgą.
– Nie jestem pewna, czy Pani Wiatrów uzna to za pieśń pochwalną, czy za obelgę. –
Daghena uśmiechnęła się po raz pierwszy od dwóch dni. – Więc lepiej ruszajmy. Mam
spotkanie z pewnym małym, owłosionym draniem.
Kailean poklepała wierzchowca po szyi, zajrzała w oczy, z których znikł wyraz
obłędnego cierpienia.
– No już, mały. Lepiej? Nie słuchaj jej, nie była z chłopem od dłuższego czasu i zaczyna
mieć omamy.
– Przyjmę każdego, kto będzie miał przy sobie kawał mięsa.
– Słyszysz? Jedno jej w głowie. A ja jestem po prostu głodna.
Na próbę pociągnęła zwierzę za uzdę, koń sapnął i postąpił krok do przodu.
Były głodne i coraz słabsze. Przez ostatnie dwa dni większość drogi przebyły na
własnych nogach; zimne noce, lodowate poranki i ciągła wspinaczka pochłaniały każdą
odrobinę sił. Nawet szczawiu nie było zbyt wiele. Pierwszej nocy złapały w sidła jednego
chudego zająca, z którego została tylko skóra i kupka na pół przeżutych kosteczek. Drugiej
nocy, spędzonej w okolicy niemal pozbawionej roślinności, nie miały nawet tyle szczęścia.
Cały następny dzień przewędrowały, wsłuchując się w burczenie własnych kiszek, za to
kolejna noc przyniosła prawdziwą niespodziankę. W sidłach znalazły kolejnego zająca i dwa
świstaki. Wychudzone co prawda po zimowym śnie, ale dla kogoś, kto zaczyna się
zastanawiać, jak smakują uprażone na węglach skórzane elementy siodła, to i tak prawdziwy
skarb. Wieczorem zatrzymają się i, niech to wszystkie demony Mroku, rozpalą ognisko.
Zaryzykują, ale nie będą jadły surowego mięsa. Czekała je jeszcze jedna noc i jeden dzień
wędrówki, a jeśli nie dotrą na miejsce, w połowie następnej nocy zawrócą. Obiecały służącej
Laiwy cztery dni i noce, ani kwadransa dłużej.
– Gotowa? – zwróciła się do Dagheny.
– Jak zawsze. W drogę.
One szły, żeby nie obciążać zwierząt, a Laiwa jechała, na zmianę na górskim kucyku i
szerokogrzbietym koniu pociągowym. Gdyby nie te konie, musiałyby ją nieść. Było w tym
coś znamiennego, dwie proste dziewczyny wędrują pieszo, a jaśnie wielmożna arystokratka
siedzi w siodle. I gdyby szlachcianka choć raz otworzyła usta, żeby się poskarżyć, Kailean
osobiście zrzuciłaby ją na ziemię. Ale nie, gdziekolwiek chowała się Laiwa, głód, chłód i
wyczerpanie zdawały się nie mieć do niej przystępu.
Wędrowały wciąż na północny wschód, ostatnie dwie mile wzdłuż koryta strumienia,
który wił się głębokim jarem. Daghena kilka razy próbowała wyciągnąć z Laiwy informację,
czy na pewno nie ma innej drogi, bo nie podobał jej się ten szlak. Jar miał ściany wysokie i
strome, można było się nim poruszać tylko w przód lub w tył, dla kogoś wychowanego na
Stepach to miejsce kojarzyło się ze śmiertelną pułapką. Ale szlachcianka była uparta, więc w
końcu wjechały w rozpadlinę i posuwały się w górę strumienia.
Czasem droga zwężała się tu tak, że zarówno one, jak i zwierzęta, musiały iść korytem
strumienia, wędrowały więc boso. Stopy można ogrzać, a nie wiedziały, czy dadzą radę
rozpalić na tyle duży ogień, by wysuszyć buty. Po kwadransie Dag zaczęła mruczeć pod