nosem, szczękając zębami z zimna. Większość pomruków stanowiły obietnice, co zrobi
hrabiance, jeśli ta droga nie zaprowadzi ich w jakieś suche i ciepłe miejsce. Najlepiej z dużą
ilością gorącego jedzenia.
I wtedy Laiwa przemówiła. Nie zduszonym, martwym szeptem, tylko spokojnie i głośno,
jakby wygłaszała mowę na przyjęciu.
– Moja matka miała osiemdziesiąt jeden córek i sześćdziesięciu ośmiu synów.
– Mmmmam nadzieję, żżże zzzabiła za to ttttwojego ojcccca – zaszczękała zębami
Daghena.
Dziewczyna wydawała się jej nie słyszeć.
– Odkąd pamiętam, zawsze rywalizowaliśmy o jej miłość, choć zapewniała nas, że żadne
nie zajmuje miejsca w jej sercu przed innymi. Ale gdy sięgam pamięcią wstecz, cały czas
myślałam tylko o tym, by złowić jej spojrzenie i uśmiech. Była najpiękniejszą osobą, jaką
widziałam, miała włosy białe jak śnieg, oczy tak jasne, że wyglądały jak polerowana stal, usta
o barwie płatków mlecznej róży...
Gdy Kailean obejrzała się, nagle monolog ucichł i powitało ją spokojne, zaskakująco
trzeźwe spojrzenie. Gdziekolwiek Laiwa przebywała, właśnie stamtąd wróciła. Zmierzyły się
wzrokiem.
Kailean postanowiła wykorzystać okazję.
– Wielu ludzi umarło przez was.
Trzeźwe spojrzenie znikło, zastąpione doskonale znajomym wyrazem nieobecności.
Jakby to krótkie zdanie wepchnęło szlachciankę z powrotem w miejsce, gdzie się chowała.
Dag parsknęła i wyjąkała:
– Rrr... rrr... rrrada na pszyyyszłość... Pani mmmmówi, mmmy słuchammmmy.
– Zamknij się, jjjjąkałłło.
Ruszyły dalej, ciągnąc konie za uzdy.
* * *
Pies warknął i zamajtał łapami w powietrzu. Dwóch żołnierzy trzymających linę zaczęło
ją powoli opuszczać. Zedyr nie miał nic przeciwko wysokości, ale dyndanie sto stóp nad
poziomem gruntu zawsze go denerwowało. Linę przerzucono przez gałąź pochylonej nad
urwiskiem sosny, żeby pies nie obijał się o skalną ścianę, przez co zwierzę kołysało się teraz,
targane podmuchami wiatru. Do końca dnia tylko Bergh będzie mógł podejść do przewodnika
stada bez ryzyka szarpnięcia zębami.
Na jednej z hal zostawili za sobą dwadzieścia płaskich kopców. Piętnaście dużych i pięć
mniejszych. Poświęcili pół dnia, żeby zrobić to jak należy, by groby były wystarczająco
głębokie i przykryte odpowiednio dużymi kamieniami. Każdy z kopców obsypali ziemią i
obłożyli darnią, za kilka miesięcy tylko regularne rozłożenie będzie sugerować, że nie są one
dziełem natury. Gdy skończyli, Velergorf poprosił o zgodę na odezwanie się. Kenneth
westchnął.
– Zazwyczaj o to nie pytasz, mów.
Starszy dziesiętnik stanął w rozkroku, zatknął dłonie za pas z toporem, zapatrzył się
nieruchomo przed siebie.
– W Bergen wierzymy, że gdy umiera dobry góral, powinno się go pochować w jaskini
albo w grobie tak głębokim, że sięga skały. Ale wierzymy też, że jeśli nie można tego zrobić,
to góry i tak upomną się o swoje. Kości tych, którzy zginęli dobrą śmiercią będą opadać w dół
przez wszystkie warstwy ziemi, by wreszcie przytulić się do piersi gór. A potem połączą się z
nimi, wtopią w kamienną skórę i staną się ich częścią. Dlatego stąpając po skale, stawiamy
stopy na kościach tych, którzy byli przed nami, by potem sami stać się podstawą dla stóp
tych, którzy nadejdą po nas. Nosimy góry w kościach za życia i stajemy się nimi po śmierci.
Żołnierze pokiwali głowami. Velergorf przykucnął, delikatnie położył dłoń na
najbliższym kopcu.
– Więc może jeszcze nie dziś, ale za kilka miesięcy znów się spotkamy, my i wy, tu albo
w Belenden, albo gdziekolwiek indziej, gdzie góry wznoszą się ku niebu.
Strażnicy podchodzili, schylali się i dotykali kopczyków. Słowa nie były już potrzebne.
Ledwo Zedyr zaszurał pazurami po ziemi, został szybko odwiązany i odprowadzony na
bok. Reszta psów znajdowała się już na dole, tak jak większość kompanii. To urwisko było
drugim, jakie musieli dziś pokonać, lecz dzięki temu zaoszczędzili przynajmniej piętnaście
mil.
Kenneth patrzył, jak ostatni żołnierze zsuwają się po linach, odbijając się stopami od skał.
Wyszedł z Kehlorenu z siedemdziesięcioma trzema ludźmi i tuzinem zwierząt, wracał z
pięćdziesięcioma żołnierzami i paroma psami. Miał nadzieję, że ranni, których Wozacy
odesłali na tyły, dotrą do zamku żywi, dla Szóstej liczył się każdy miecz. Właściwie też
powinien przeorganizować kompanię, zmniejszając liczbę dziesiątek do sześciu. Ale, do
cholery, żaden z jego podoficerów nie zasłużył na zdjęcie brązu z płaszcza, poza tym
dziesiątki zgrały się już, a gdy dotrą do Kehlorenu, Czarny powinien dorzucić im jakieś
uzupełnienia. Czerwone Szóstki zasłużyły na to, żeby być pełną kompanią dłużej niż kilka
dni.
Teraz czekał ich pościg. Mapy, które dostali, obejmowały także ten rejon Olekadów, choć
nie były tak szczegółowe, jakby sobie tego życzył. Jednak wiedział, że uciekinierki musiałyby
umieć latać, żeby ich wyprzedzić.