Porucznik, korzystając z tej osłony, pozwolił nawet na rozpalenie małego ogniska. Kubek
gorącej polewki z suszonego mięsa i grochu był wart więcej niż jakiekolwiek schronienie. W
górach, jak człowiek dłuższy czas nie potrafił się rozgrzać od środka, to żaden namiot ani
żadne koce mu nie pomagały, zimno wgryzało się w kości i nie odpuszczało, wysysając siły i
łamiąc ducha.
Trzymali podwójną linię wart, czterech ludzi na skraju zagajnika i czterech nieco w głębi,
przyczajonych i zamaskowanych. Żaden z żołnierzy, nawet Fenlo Nur, ani się nie skrzywił.
Gierki Wywiadu Wewnętrznego to było coś, co zmieniało całą okolicę we wrogie terytorium.
Ruszyli przed świtem. Cicho jak nocne zjawy, które spóźniły się ze straszeniem i usiłują
uciec przed światłem słońca. Żołnierze poruszali się szybko, z dłońmi na rękojeściach broni, z
kuszami w ręku. Polowali.
Kenneth kilkoma ruchami przywołał podoficerów.
– Koło południa powinniśmy być na przełęczy – rzucił. – Rozkaz jest jasny, mamy je
schwytać, szlachciance nie może spaść włos z głowy. Nie wiemy nic o tych kobietach, kim są,
co potrafią... Wiecie, o czym mówię?
– Czary? – Andan zmarszczył brwi, jakby dopiero teraz o tym pomyślał.
– Nie wiem. Dostarczyliśmy dziewczyny Szczurom, a po kilku dniach mamy je ścigać
wiele mil od Kehlorenu, zaplątane w jakieś dziwne wydarzenia. Szczurzy posłaniec nie puścił
pary z ust, ale widziałem, jaki jest zdenerwowany. Nie ryzykujemy. Jeśli spróbują uciekać,
zastrzelicie ich konie. Jeśli poczujecie smród czarów...
– Je też mamy zastrzelić?
– Nie, Fenlo. Zwiewać. Jak nie będą miały koni, nie uciekną nam. Dopadniemy je
później. To rozkaz.
Dziesiętnicy pokiwali głowami.
Przełęcz Amoh była oznaczona na mapach trzema znakami. Pierwszy mówił, że jest
wąska, drugi, że okolica należy do bezludnych, a trzeci, częściowo zamazany, wyglądał na
informację, że za przełęczą zaczynają się dzikie góry. Ofiqalnie tereny te należały do jednego
z miejscowych hrabiów, lecz najwyraźniej nie miał on chęci lub sił, by zaprowadzać
meekhański ład na tych ziemiach. Osadnicy też nie garnęli się w niegościnne i kamieniste
rejony, gdzie każdy kęs czarnego chleba trzeba było opłacić galonem potu. Na takich
ziemiach nawet całe lata wolnizny od podatków nie zapewnią dostatku.
Było jasne, że za przełęczą uciekinierki muszą porzucić konie, może uda im się dotrzeć
jeszcze na Czarny Wierch, ostrą grań zbudowaną z ciemnego granitu, ale potem czekała je już
tylko wędrówka na piechotę. To kolejna rzecz, która nie za bardzo trzymała się kupy w tej
całej sprawie. Po co one uciekały w tę stronę i jak, do ciężkiej cholery, znajdowały drogę? Z
kilku zdań, które wymienili w czasie spotkania, zorientował się, że były z południa, z
Wielkich Stepów. A poruszały się po Olekadach jak po własnym podwórku. Skąd znały
okolicę?
Sprawy, w które były zamieszane Szczury, cuchnęły na milę.
Gdy dotarli na przełęcz, okazało się, że cuchną bardziej, niż ktokolwiek mógł
przypuszczać.
Po pierwsze, co od razu odkryli tropiciele, kobiety już tam były, odpoczęły i odjechały.
Musiały dotrzeć na miejsce rankiem, więc najpewniej większość drogi pokonały w nocy. Po
ciemku, konno, w górach. Albo – tę myśl rzucił Omne Wenk – znały inną, krótszą drogę, co
potwierdzało tylko podejrzenia, że Szczurza Nora nie przekazała im całej prawdy.
Po drugie, rozłożyły tu obóz i odpoczęły ze dwie godziny, a towarzysząca im
szlachcianka plątała się po okolicy zupełnie bez kontroli. Wilk, Azger Laweghz i Fenlo Nur
badali ślady przez kwadrans i prawie się pokłócili, ale wyglądało na to, że żadna z trzech
kobiet nie była wiązana, każda mogła się poruszać swobodnie, jedna z nich, w pantoflach o
wąskiej podeszwie i w długiej sukni, oddaliła się nawet za potrzebą dobre sto kroków. Kłóciło
się to trochę z informacją o uprowadzeniu.
W resztkach ogniska znaleźli kości małego zająca i dwóch świstaków, diety każdego, kto
wybrał się w góry bez zapasów. Dwa konie, jak stwierdził Wilk, zaczęły się już potykać,
wyraźnie tracąc siły. Czyli nie miały ani żywności, ani paszy dla zwierząt. To by sugerowało,
że ucieczka w góry nie była zaplanowanym porwaniem. Kolejny cios w bajeczkę przekazaną
im przez Szczury.
Po trzecie, ktoś za nimi szedł.
Ślad znalazł Fenlo Nur, który odkrył legowisko, gdzie czaiło się co najmniej czterech
ludzi – mężczyzn, sądząc po długości kroków i głębokości odcisków stóp – którzy ruszyli w
drogę w chwili, gdy kobiety zwinęły obóz. Wcześniej obcy zatrzymali się dobre ćwierć mili
przed przełęczą i, jak stwierdził przysadzisty dziesiętnik, nie próbowali podchodzić do
uciekinierek. Czterech mężczyzn, śledzących trzy samotne kobiety, lecz niepróbujących ich
zaatakować nocą.
– Zbóje? – zapytał Kenneth.
Nur spojrzał na niego dziwnie i pokręcił głową.
– Nie. Coś panu pokażę, panie poruczniku. Chodźmy we dwóch, dobrze?
Poszli. I pokazał.