Wiewiórkę. Pieczołowicie rozkrzyżowaną na ziemi i obdartą żywcem ze skóry. Sądząc po
tym, że krew ledwo skrzepła, zwierzątko żyło jeszcze, gdy mężczyźni opuszczali schronienie.
To mrówki dokończyły dzieła.
Kenneth oderwał wzrok od małego ciałka.
– Nudzili się?
– Być może. Ale byli tu nocą. Nocą nikt nie schwyta wiewiórki w lesie. Więc złapali ją w
dzień, trzymali żywą i zabawiali się, czekając, aż kobiety ruszą dalej.
Porucznik zacisnął zęby. Takie rzeczy nie powinny się przytrafiać właśnie jego kompanii.
Jakby wszyscy szaleńcy i degeneraci uparli się, żeby właśnie Czerwonym Szóstkom
wchodzić w drogę. Następnego zwykłego bandytę chyba wyściska z radości.
Logika próbowała podpowiedzieć jakieś rozsądne wyjaśnienie.
– Może to jakiś rytuał? Złożenie ofiary dla przebłagania pomniejszego bóstwa albo
wezwania demona? Pomiotnicy tak robią.
– Być może, panie poruczniku. – Fenlo Nur przełożył kuszę do drugiej ręki, przykląkł i
dźgnął truchełko patykiem. – Ale to musiałoby być bardzo mizerne bóstwo albo bardzo mały
demon, żeby zadowolić się takim stworzeniem. Poza tym... nie czuję Mocy.
– O, nie wiedziałem, że jesteś czarownikiem.
– Nie jestem. Ale widziałem, jak przełyka pan ślinę, gdy ten wozacki szaman uwalniał
swoje duchy. Gdyby pojawiła się tu emanacja jakiegoś Nieśmiertelnego albo demon wysunął
łapę przez Mrok, czulibyśmy to nawet po kilku dniach.
– Więc dlaczego to zrobili?
Dziesiętnik wstał, podciągnął pas, kopnął kilka razy ziemię, przysypując wiewiórkę.
– Myślę, że zrobili to, bo lubią. Lepiej znajdźmy te kobiety, przed nimi.
– Racja. W drogę.
* * *
Zobaczyli je dwie godziny później. Musiały jechać naprawdę wolno, najwyraźniej nie
mogły się zdecydować na porzucenie koni, które teraz zadecydowanie je opóźniały. Zwierzęta
były przemęczone i – sądząc z tego, jak się poruszały – strasznie zeszkapione. Szły, ciągnięte
za uzdy, i tylko jeden niósł na grzbiecie jeźdźca.
Kenneth zatrzymał kompanię na skraju lasu, przed żołnierzami otwierała się długa i
wąska dolina, typowa dla Olekadów, z lasem porastającym brzegi i pozbawionym drzew
środkiem, przeciętym wzdłuż wąskim strumykiem. Od uciekinierek dzieliło żołnierzy
niespełna pół mili.
Porucznik ukrył kompanię wśród drzew i obserwował. Kobiety nie oglądały się, szły
przed siebie z pochylonymi głowami, najwyraźniej równie zmęczone jak zwierzęta.
Schwytany w sidła zając czy świstak to za mało, by dać człowiekowi siły do długiej i szybkiej
wędrówki. Wybrały trasę wiodącą środkiem doliny, w stronę jej północnego krańca, jeszcze
dwie mile i dotrą na miejsce. A potem co? Minęły już trasę na Czarny Wierch, jeśli
rzeczywiście tam zmierzały, powinny odbić w prawo ćwierć mili wcześniej. Albo zgubiły
drogę, albo nie szukały przejścia – jak podejrzewał Wywiad Wewnętrzny – na Wyżynę
Lytherańską.
– Dziesiętnicy!
Podeszli. Kenneth nie odrywał wzroku od kobiet.
– Pójdziemy brzegiem lasu, żeby nas nie dostrzegły – zarządził. – Powinniśmy je
wyprzedzić, nim przejdą milę. Zaczekamy przy końcu doliny.
Kilka skinięć głowami było jedyną odpowiedzią.
– Jeśli ci, którzy za nimi idą, chcą zachować odległość, muszą kryć się gdzieś w tym
lesie. Uważać. Psy na czoło. Znacie rozkazy, mamy ująć kobiety żywcem i tak zrobimy, ale o
tym dziwnym towarzystwie nie było mowy. Fenlo i ja sądzimy, że oni mają coś z głowami,
więc daję wam wolną rękę. Jeśli na wasz widok się poddadzą, związać, jeśli nie... Po prostu
nie pozwólcie im uciec. Ruszamy.
Las był wystarczająco gęsty, by ukryć ich przed wzrokiem ściganych. Biegli truchtem, z
bronią w ręku, pamiętając, że nie są sami, psy przemykały przodem, rozciągnięte w szeroki
wachlarz, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Wiedziały, że polują na ludzi.
Kenneth biegł skrajem lasu, gdyby któraś z kobiet się obejrzała i miała dużo szczęścia,
mogłaby go dostrzec, ale nie chciał ryzykować, że stracą je z oczu. Nie teraz, tuż przed
końcem pościgu. Skracali dystans w takim tempie, że jeszcze kwadrans, a wyprzedzą je i
odetną drogę. Jakąś milę przed nimi dolina zwężała się raptownie, a ramiona otaczającego ją
lasu zbiegały się. To było idealne miejsce na zakończenie pościgu.
Odległość między nimi zmniejszała się regularnie, sześćset jardów, pięćset, trzysta,
dwieście, ścigane ani razu się nie obejrzały, nie podniosły nawet głowy. Musiały być
naprawdę śmiertelnie zmęczone. Widział już wszystkie szczegóły, siedząca w siodle kobieta
była zapewne tą uprowadzoną szlachcianką, lecz ani nikt jej nie związał, ani jej zwierzę nie
było specjalnie pilnowane; tak naprawdę wystarczyłby jeden ruch dłoni, by oderwała się od
swoich strażniczek i uciekła. Na dodatek to ona w pewnej chwili wysunęła się na czoło i
prowadziła całą trójkę.
Porwanie – Kenneth wykrzywił się sarkastycznie – oczywiście. Rzecz jasna nie zwalniało
go to z wykonania rozkazu, zatrzymają je i odstawią do Kehlorenu, ale swoje już wiedział.