Porucznik rozejrzał się, wszyscy napastnicy byli już martwi, żaden nie próbował złożyć

broni. Kobiety tkwiły w miejscu, na szczycie niewielkiego wzgórza.

– Krąg. – Zatoczył dłonią koło w powietrzu. – Sprawdzić straty. Czekać.

Żołnierze sprawnie otoczyli wzniesienie.

Kenneth ruszył w stronę kobiet, chowając miecz do pochwy i ignorując broń w ich

rękach. Na twarzach obu, jasnej i ciemnej, pojawiło się zaskoczenie.

– Tak. – Skinął głową blondynce. – Wieża. Choć lepiej wyglądasz, jak nie trzymasz

cudzych oczu w ręku.

– Co...

– Nie. – Przerwał im uniesieniem dłoni. – Na razie nic nie mów.

Podszedł do siedzącej na koniu szlachcianki. Spojrzała na niego pustym wzrokiem i

wróciła do kontemplacji okolicy. Odwrócił się i rozejrzał.

Niebo miało barwę polerowanej stali, jasnosinej z lekkim błękitnym połyskiem. To nie

były chmury, tylko sam firmament bez śladu słońca, sklepienie jaśniało spokojnym,

przymglonym blaskiem. W takim świetle nie ma mowy o cieniach. Pod tą kopułą znajdowała

się równina naznaczona tysiącem odcieni czerni. Matowa czerń sadzy, głęboka czerń żyznej

ziemi, zimna czerń morskich głębin, ostra czerń obsydianu – człowiek widzi różnice, dopiero

gdy wszystkie te odcienie ma przed oczami. Daleko, na horyzoncie, majaczyły jakieś

wzniesienia, niczym czarne zęby wgryzające się w nieboskłon. Kenneth przykląkł i dotknął

gruntu. Twardy, w dotyku przypominał wygładzony granit, i zaskakująco ciepły, jakby pod

skałą tętniło gorące źródło.

Velergorf podszedł i przykucnął obok.

– Trzech rannych. Dwóch źle upadło, gdy wskakiwaliśmy tutaj, jeden dostał nożem...

– Konus.

– Tak, panie poruczniku. Już założyliśmy opatrunek. Tamta dwójka to Gessen i Jodła,

skręcona kostka i rozbite kolano. Ledwo dają radę chodzić. Wilk i reszta tropicieli ogląda już

trupy.

– Dobrze. Wiesz, gdzie jesteśmy?

– Nie... Na Jaja Byka, nie. Nigdy nie słyszałem o takim miejscu. Ale to nie Olekady,

gdyby mnie ktoś spytał.

– No, no, Varhenn, jak na to wpadłeś?

Kenneth spojrzał w twarz dziesiętnika. Ukryte w tatuażach oczy były spokojne i czujne.

Bez śladu strachu czy choćby niepokoju. Velergorf, sukinsynu, jesteś skałą pod moimi

stopami.

– No mów – ponaglił. – Widzę, że coś masz na języku.

– Nie znam tego miejsca, panie poruczniku. Popytałem kilku chłopaków, też nie wiedzą,

gdzie nas rzuciło. Ale większość sądzi, że one – wskazał brodą w stronę uciekinierek – mają z

tym coś wspólnego.

– Brawo. Widzę, że trafiła mi się kompania rozplotkowanych myślicieli. Zrobisz zbiórkę.

– Tak jest.

Wstali, dziesiętnik ruszył do żołnierzy, Kenneth odwrócił się do kobiet.

Szlachcianka siedziała w siodle, wbijając wzrok w końską grzywę, obojętna aż do

katatonii. Za to dziewczyny patrzyły na niego uważnie, ciemne i jasne spojrzenie, ręce już bez

broni, na twarzach maska uprzejmego zainteresowania. Coś w stylu: jakie miłe, przypadkowe

spotkanie, czy ma pan dla nas jakieś wieści, panie oficerze?

Wyszczerzył się szeroko.

– Porucznik Kenneth-lyw-Darawyt, Szósta Kompania Szóstego Pułku z Belenden –

przedstawił się. – Przypominam, gdybyście zapomniały.

Blondynka skinęła głową.

– Kailean-ann-Alewan i Daghena Oanyter. A to – wskazała szlachciankę – panna Laiwa-

son-Baren.

– Domyśliłem się. Daleko zaszłyście przez te cztery dni.

– Miałyśmy dobrą przewodniczkę. – Kailean jeszcze raz wskazała pogrążoną w bezruchu

hrabiankę.

– Tak myślałem. Głodne?

Pokręciły głowami.

– Nie za bardzo.

– Za to dumne. Dostaliśmy rozkaz, żeby was schwytać i odstawić Szczurom.

Czarnowłosa uśmiechnęła się dziwnie.

– Szczury powinny się zdecydować. My dostałyśmy rozkaz, żeby dowiedzieć się, co się

dzieje w górach.

– Coś takiego chodziło mi po głowie. Jak inaczej dziewczyny schwytane pod wieżą

trafiłyby do zamku jakiegoś hrabiego? Na razie jednak nie widzę Szczurów w pobliżu, więc

nie będę się nimi przejmował. Czy macie coś wspólnego z tym, że znaleźliśmy się właśnie

tutaj? I czy wiecie, gdzie to w ogóle jest?

Obie spojrzały na hrabiankę.

– Nie wydaje mi się, by chciała właśnie tutaj trafić. Raczej nie.

– Rozumiem. Nie zrobicie głupstwa, jak was tu zostawię na chwilę same?

Jasnowłosa poklepała konie po szyi.

– Są zbyt zmęczone, żebyśmy dały radę na nich uciec. Poza tym... lepiej trzymać się

razem.

– Racja.

Odwrócił się i ruszył ku kompanii. Pięćdziesięciu ludzi stało w dwóch równych

szeregach, psy przysiadły z boku. Powiódł wzrokiem po twarzach. Varhenn, Andan, Bergh,

Malawe, Sewres, Patyk, Wilk, Bryhle, Pazur, Szpak... Większość znał od lat, a nowi... złapał

się na tym, że od kilku dni nie myśli już o nich jak o Stajennych, ciężarze rzuconym mu na

barki przez Czarnego, czerwień cyfr na ich płaszczach przestała kłuć w oczy świeżością.

Razem przeszli przez góry, razem walczyli i zabijali. Nowi żołnierze wpasowali się w tkankę

Szóstej, związali wspólną służbą. Gdziekolwiek się znaleźli, trafili tu jako jedna kompania.

Rzucił okiem na Fenlo Nura. No, może z małymi wyjątkami.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги